Grzegorz Zalewski

2010-08-26 12:20

Ofematyka

Bardzo się cieszę z show, które zrobił premier Tusk. Dla wielu to tylko medialne widowisko, pogrożenie palcem OFE niczym Putin na swoich „wyreżyserowanych konferencjach”, ale według mnie znaczenie tego wydarzenia  jest znacznie większe. Oto wreszcie po raz pierwszy niemal wszystkie media – papierowe, wizualne, internetowe poświęciły sprawie przyszłych emerytur w kontekście działania funduszy emerytalnych swoje główne wydania. To już nie jest tylko materiał na dalekich stronach prasy gospodarczej, czy dziesięciosekundowa wzmianka w telewizji. To dużo, dużo więcej.

Czy coś z tego wydarzenia wyniknie? Chciałbym wierzyć, że coś więcej niż tylko kosmetyka.

Od wielu lat powtarzam w kółko, że w przypadku OFE mamy do czynienia z oligopolem. Pozorna konkurencja, przymusowy wybór i horrendalne prowizje (ostatnio obniżane). Zaprzeczenie wolności wyboru. Do tego przedstawiciele funduszy emerytalnych próbują co jakiś czas przekonywać, że to fantastyczny i genialny wybór i wcale nie tak drogi.

Posiłkują się przy tym różnego rodzaju obliczeniami, przy których nigdy jeszcze nie spotkałem metodologii. Ot, po prostu są to imponujące liczby.

Jak napisałem na początku mało kto zajmował się OFE. Dlatego Izba Gospodarcza Towarzystw Emerytalnych, czyli ciało do którego należy większość Powszechnych Towarzystw Emerytalnych mogła pozwolić sobie na zamieszczenie na swoich stronach wyliczeń, z których wynikało, że zmiana z 10 zł do 27 zł to zmiana o 270 procent, zaś średniomiesięczna stopa zwrotu uzyskiwana przez fundusze to ok. 2-3 procent, gdyż podzielono owe 270 procent przez liczbę miesięcy działania OFE (106). Po moich wpisach sprzed dwóch lat owe błędne obliczenia usunięto

http://blogi.bossa.pl/2008/06/12/igte-i-bardzo-wyzsza-matematyka/

http://blogi.bossa.pl/2008/07/02/czy-igte-celowo-robi-bledy/

W celu poparcia swoich tez IGTE korzystało z pomocy renomowanych firm konsultingowych. Niestety można mieć poważne obawy, czy owe raporty na pewno były niezależne

http://blogi.bossa.pl/2009/03/26/nie-zabierajcie-nam-zyskow/

Po spotkaniu z premierem IGTE opublikowało komunikat, dostępny na swoich stronach :

Można tam znaleźć między innymi dokument „Wyniki inwestycyjne OFE” http://igte.pl/news/Wyniki%20inwestycyjne%20OFE.pdf

Przyjrzyjmy się tylko kilku elementom.

Oczywiście, jak zwykle nie znajdziemy żadnej metodologii obliczeń (ani autora), wyłącznie same imponujące procenty – tam gdzie jest to „atrakcyjne” i pozwalające udowodnić założoną tezę.

W punkcie pierwszym czytamy: „Otwarte fundusze emerytalne od początku swojego istnienia do końca lipca 2010 roku wypracowały nominalną stopę zwrotu z inwestycji w wysokości 190 %. Realna stopa zwrotu wyniosła w tym okresie 99 %, przy zakumulowanej inflacji w wysokości 46 %).

Średnia nominalna stopa zwrotu OFE w okresie 2000-2009 wyniosła 9,2% rocznie. Dla lat 2000-2008 było to 8,8% rocznie.”

Jak takie zdanie zrozumie laik? Pewnie tak, jak chciałyby fundusze emerytalne: „drogi emerycie zarabiasz corocznie 9,2%”. Niestety obliczenia dotyczą wyłącznie nieobciążonej prowizjami wartości jednostek rozrachunkowych.

Skoczmy od razu do punktu drugiego.

Z punktu widzenia ubezpieczonego ważne jest, o ile przyrósł kapitał OFE w stosunku do przekazanych składek. Obecnie aktywa OFE to ponad 201 mld zł, zaś wpłacone składki wyniosły 152,6 mld zł. Zatem OFE wypracowały dla swoich klientów zysk w wysokości 48,4 mld zł od początku systemu do końca lipca 2010 roku.

W tym punkcie IGTE nie wykorzystuje już procentów. Policzmy więc sami. Skoro zysk wynosi 48,4 mld złotych, a wpłacone składki 152,6 mld złotych, to osiągnięty zysk wynosi 31,7 procent. Napisać wyraźniej? TRZYDZIEŚCI JEDEN PROCENT od 1999 do lipca 2010 roku. Tyle faktycznie zarobiły OFE przez dziesięć lat.

Gdzie więc podziały się  owe 190% czy nawet 99%?

IGTE raczy wiedzieć. No dobra wiadomo. Prowizje, prowizje, prowizje.

Prowizje o których napisano w dokumencie „Równocześnie koszty ponoszone przez ubezpieczonych systematycznie spadają – w 2009 r. wynosiły one 1,3% wartości średnich aktywów netto, a w 2010 r. wyniosą ok. 0,9%.”

Ponieważ od początku reformy na bieżąco monitoruję swój rachunek w OFE, choćby po to, żeby jak najgłośniej krzyczeć o absurdalnych kosztach, to poinformuję Czytelników, że koszt prowizji na moim rachunku od 1999 do dziś wyniósł 5,23% wpłaconych składek.

I jeszcze na zakończenie punkt 6.

Porównanie wyników OFE z wynikami 17-tu Funduszy Inwestycyjnych Stabilnego Wzrostu w okresie od września 1999 r. do końca lipca 2010 r., pokazuje, że średnia roczna stopa zwrotu OFE wyniosła 9,6%, podczas gdy funduszy inwestycyjnych 7,9%. W tym okresie średnioroczna stopa inflacji wynosiła 3,5%.”

Chciałbym wiedzieć, czemu OFE uparcie porównują się od lat z funduszami Stabilnego Wzrostu. To znaczy wiem, że tego rodzaju fundusze powstały jako swego rodzaju „klony” funduszy emerytalnych jeśli chodzi o stosowaną politykę inwestycyjną. Zamierzeniem twórców była możliwość udostępnienia podobnego do OFE produktu dobrowolnie. Ale już od dawna te fundusze zmodyfikowały swoje strategie.

Zachęcam więc Czytelników, analityków i dziennikarzy do głębszego przyjrzenia się wynikom OFE, sposobie ich prezentowania. Może dyskusja wywołana przez premiera Tuska, zaowocuje wreszcie konkretami, a nie kosmetycznymi obniżkami prowizji.

A na koniec pozwolę sobie napisać moje proste propozycje zwiększające niemal natychmiast konkurencyjność funduszy emerytalnych:

1) każde PTE ma obowiązek stworzyć fundusz emerytalny „bezpieczny” według dotychczas obowiązujących zasad. Poza tym funduszem ma prawo stworzenia do dwóch funduszy o dowolnej polityce inwestycyjnej. Domyślnie uczestnik przypisywany jest do funduszu bezpiecznego, na wyraźne żądanie może fundusz zmienić.

2) ponieważ system jest obowiązkowy prowizja płacona przez uczestników na wejście nie powinna przekraczać 0,5%

3) poza opłatą za zarządzanie fundusze mogą wprowadzić opłatę za uzyskiwane wyniki do wysokości 15% od osiągniętego wyniku (naliczaną raz do roku, z uwzględnieniem zasady high-watermark)

Tyle na początek powinno wystarczyć, by niektóre PTE zaczęły ryzykować przyciągając do siebie wynikami, nie zaś agresywną akwizycją.

2010-08-23 10:10

Grecja zbankrutowała

Jeszcze odrobina podróży w przeszłość. Tym razem tekst  M.Płazy „Grecya zbankrtuowała” z Ateneum (1894)

“U schyłku ubiegłego roku Grecya oświadczyła urzędownie, że nie jest w stanie płacić nadal dotychczasowych rat procentowych od swych pożyczek: nazywając rzeczy po imieniu—zbankrutowała. Wiadomość tę przyjęto w świecie dyplomatycznym przez noty protestujące energicznie, ale po przyjacielsku, a w prasie zachodniej, reprezentującej interesa kapitalistów, z oburzeniem, z naigrawaniem się, z komedyą niewysłowionego zdumienia. Gdy niedawno zbankrutowała Portugalia, traktowano ją daleko łagodniej. Hiszpania, która znajduje się na krawędzi bankructwa od lat kilku i Włochy, które pośpiesznie do tej samej ujemnej zdążały mety, mogą z przykładu Grecyi z góry przewidzieć los, jaki je oczekuje. Ponieważ jednak są silniejsze, prawdopodobnie świat spekulantów giełdowych okaże się dla nich, w owej krytycznej chwili, wyrozumialszym. Na pochyłe drzewo i kozy skaczą. Biedna, wyczerpana, złupiona, okradziona Grecya traktowana jest jak parszywa owca.

[…]

Jestto nieszczęście, zgoda, — ale nie jestto hańba. Jeżeli komu wstydzić się dzisiaj wypada, to agentom finansowym, zgrai kosmopolitycznej spekulujących meklerów, co jak pijawki krew ssali z anemicznego organizmu i nie posiadają się z oburzenia, że ofiara protestować się ośmiela. I publiczność wszech-europejska nie jest także bez winy, a grzechem jej jest nieświadomość istotnego stanu rzeczy”

Dalsza część tekstu: oai:ebuw.uw.edu.pl:6425 (e-biblioteka UW)

2010-08-19 11:50

O grze i spekulacji raz jeszcze

Uparcie walcząc z niezrozumiałą tendencją, by w stosunku do aktywności giełdowej unikać słów: “gra na giełdzie, spekulacja” (ostatnio kilka dni temu Jacek Socha w Radio Tok FM – “gra sie na instrumentach”) dziś soczysty fragment dotyczący giełdy, pochodzący z “Atheneum – pisma naukowego i literackiego” z 1898 roku. Tekst autorstwa St.Piotrowskiego jest o tyle interesujący, że wykorzystuje pojęcia gra i spekulacja, ale jest wobec tego rodzaju aktywności dość krytyczny. Zanim więc zaistniał B. Graham, W. Buffett mieliśmy naszych obrońców długoterminowych inwestycji, a nie szybkich spekulacji w wydaniu “przejezdnych akcjonariuszy”.

Podkreślenia w tekście są moje

”Pesymiści ekonomiczni z historyą w ręku dowodzą, że od czasów Law’a ogół niczego się nie nauczył; że żadne nauki, ostrzeżenia i argumenty, mające za sobą pewność matematycznych dowodzeń, nie są w stanie powstrzymać ludzi od gry, w której tylko przegrać mogą. Dowodem totalizator, dowodem miliony zysków z domu gry w Monte Carlo. Chęć zysków bez pracy, wiara we własne szczęście, albo w rozum i umiejętność, mające szanse wygranej poprawić, jednym słowem — optymizm, w pewnej dozie każdemu człowiekowi wrodzony, oto, co pędzi ludzi do rulety, totalizatora i na giełdę. […]

Najczęściej, mówiąc o giełdzie i akcyach, ma się na myśli grę akcyami na giełdzie; — i zapomina się, że gra ta stanowi małą cząstkę funkcyi giełdy i że nie wszystkie też akcye przemysłowe są przedmiotem gry giełdowej. Usługi, jakie oddaje giełda w sferze operacyi kredytu państwowego, prowincyonalnego i gminnego,—kredytu długoterminowego hypotecznego i wekslowego osobistego, w sferze handlu wierzytelnościami w walutach obcych i towarami, są wielekroć większe niż szkody, jakie przynosi przez grę giełdową; — tamte są stałe, codzienne, dotyczą całego społeczeństwa; te mają charakter epidemiczny, chwilowy i odnoszą się do garstki chciwych, a nieostrożnych; — o tamtych nie wspomina się i mało się je rozumie, te od czasu do czasu wywołują w społeczeństwie wrzawę, hałas, okrzyki zgrozy i oburzenia, wśród których głos rozsądku ginie i dla ogółu, znającego giełdę tylko z opowieści, wydaje się ona instytucyą ustanowioną w celu ułatwienia zręcznym — złupienia niemądrych.

W gruncie rzeczy, ani ci niemądrzy są tak niemądrzy, jak się wydaje, ani ci zręczni tak zręcznymi, jak o nich sądzą. Gra na giełdzie ma zwykle charakter epidemii, rozwija się z pewną elementarną koniecznością i kończy epoką pesymizmu, w której wali się cały gmach, budowany z kart; rujnują się efemeryczne egzystencye, znikają bogactwa—papierowe. Straty na giełdzie poniesione po tak zwanych „krachach” obliczano na miliardy florenów czy marek; — na istotny zapas dóbr w kraju, na to bogactwo społeczne, które się mierzy ilością produktów i środków produkcyi pozostały one bez wpływu. Pękły tylko bańki mydlane—bubhles — jak je przed 150 laty ochrzcili Anglicy. Jeśli giełda nie po to istnieje, aby w niej grano akcyami przemysłowemi,—to i akcye przemysłowe nie po to istnieją, aby niemi grano na giełdzie. Istnieje też w każdym kraju szereg poważnych przedsiębiorstw przemysłowych, o których na giełdzie się nie mówi, dlatego że akcye ich nie są odpowiednim do gry materyałem.

Im bardziej są zmienne zyski przedsiębiorstwa, im bardziej sama gałąź produkcyi jest w kraju nieznana, im więcej charakteru aleatoryjnego ma przedsiębiorstwo, tern bardziej akcye jego są do gry giełdowej odpowiednim materyałem i tem łatwiej przestają być tem, czem być powinny: dowodem udziału w przedsiębiorstwie i prawa pobierania pewnej części czystego dochodu, a stają się czemś w rodzaju biletu na loteryę, dowodem mającym przynieść właścicielowi nie dochód od kapitału, ale wygraną w grze na giełdzie. Wygrana ta obliczona w stosunku do czasu, w którym gra trwała, przenosi znacznie wszelkie możliwe dochody od kapitałów, z przedsiębiorstw przemysłowych płynące.

Zwyżka na kursie 5% w ciągu tygodnia, reprezentuje 260% rocznie, a ma tę główną wadę, że nie może się co tydzień stale powtarzać. Dla ogółu jednak, nabywającego akcye dla gry, motywem pobudzającym do kupienia najczęściej nie jest obliczenie wartości kapitalnej akcyi na podstawie prawdopodobnego od niej dochodu (brak im do tego wszelkiej umiejętności i wszelkich danych), ale, motywem tym jest to tylko, że akcya idzie w górę, że ma tendencyę do zwyżki, że na niej zarobić można. W ten sposób sama tendencya do zwyżki robi zwyżkę — a motywem podnoszenia się kursu jest to, że się podnosi. Nowonabywca jest najmocniej przekonany, że i on zarobić musi, bo inni już zarobili. Ta bezrozumna i pozbawiona realnych podstaw zwyżka musi się jednak raz skończyć, rozczarowanie musi nastąpić najpóźniej przy pierwszym podziale rocznym zysków przedsiębiorstwa; przyczem staje się widocznem, że przedsiębiorstwo nie jest w stanie oprocentować odpowiednio kapitału włożonego w akcye po nadmiernym kursie. A wtedy rozpoczyna się odwrót—zniżka; przyczem bardzo łatwo tendencya pesymistyczna opanowywa ludzi z taką samą siłą, z jaką przedtem ulegali przekonaniom optymistycznym; obawa dalszego spadku każe sprzedawać akcye poniżej wartości realnej, tak że czasem obawa spadku sama spadek wywołuje i to aż do punktu, w którym znów ci, którzy liczyć umieją, na interesach się znają i ani optymizmowi, ani pesymizmowi porwać się nie dają, znajdują łatwy i pewny zarobek, kupując akcye po stosunkowo za niskiej cenie.

[…]

Okolicznością wpływającą silnie na obniżenie kursów akcyi na giełdzie w chwilach giełdowego pesymizmu jest to, że ten nieświadomy rzeczy ogól, gotów zarabiać tam, gdzie inni już zarobili, i niezdający sobie sprawy, że tam, gdzie inni już zarobili, tam dla spóźnionych mało jest szansy zarobku, — ten ogół najchciwszy, a najmniej kompetentny, grający na giełdzie rolę owiec Panurga, — ma zwykle mniej gotówki niż zapału do gry, i jeśli z początku jeszcze trafił na epokę zwyżkową i zarobił coś na giełdzie, gotów jest ciągle rozszerzać swą grę ponad posiadane środki pieniężne; — zastawia kupione akcye, aby za pieniądze na zastaw ich otrzymane nowe akcye nabywać, a posiadając w wartości tych akcyi może 10% na własność — przy pierwszej zniżce zmuszony do likwidacyi, daje początek panice i sam kopie rów, w który wpaść musi.

Kto gra na giełdzie, anie rozumie mechanizmu tej gry, nie ma prawa narzekać, tak samo jak ten, co gra na loteryi, lub w totalizatora. Że z tej gry wychodzi zawsze wygranym specyalista, rozporządzający większemi środkami, to tak pewne, jak to, że z gry w karty wychodzi wygranym, z biegiem czasu zawsze ten, co ma zapas gotówki, wystarczający na powstrzymanie złej szansy, więcej umiejętności i więcej zimnej krwi. Ograny akcyonaryusz—akcyonaryusz, który po epoce optymistycznej zwyżki pozostał się z przepłaconą w rękach akcyą, tem mniej zasługuje na współczucie, że stanowi on żywioł najczęściej dla zdrowego rozwoju przemysłu szkodliwy, że najczęściej zamiast przeboleć stratę, zgodzić się z faktem dokonanym i pobierać spokojnie mały dochód od zbyt wielkiego kapitału, stara się on pokryć swą stratę, oddziaływając na zarząd towarzystwa, zmuszając go do powiększenia dywidend choćby z narażeniem istnienia towarzystwa, aby tą drogą jeszcze raz wyśrubować kurs akcyi w górę i sprzedawszy ją, umyć ostatecznie ręce.

[…]

Nieprawdą więc jest, aby spekulacya akcyami przemysłowemi na giełdzie była dla rozwoju przemysłu elementem pomyślnym, aby zapewniając przemysłowcowi nowe pole zysków, miała go zachęcać do rozwijania przemysłu przez zakładanie nowych towarzystw akcyjnych. A jednak z tą opinią spotkać się u nas można. Obrońcy jej zapisują na rzecz gry giełdowej korzyści, jakie forma towarzystw akcyjnych daje przedsiębiorcom przemysłowym. Ograniczenie formalności hypotecznych, usunięcie formalności przepisanych dla własności dóbr nieru- ehomych w czasie małoletności, łatwa zbywalność i podzielność udziałów spółkowych w formie akcyi, — to są niezawodne korzyści, które, w miarę jak przemysł centralizuje się ze względów technicznych, coraz częściej zmuszają przemysłowca nietylko do zakładania nowych przedsiębiorstw w formie towarzystw akcyjnych, ale do przejścia od spółek handlowych i cywilnych już istniejących do spółek akcyjnych.

Ale spekulacya akcyami przedsiębiorstwa na giełdzie wcale tych korzyści nie powiększa; istnieją one dla każdego przedsiębiorstwa założonego w formie spółki akcyjnej, bez względu na to, czy spekulacya giełdowa akcyami temi raczyła się zająć, czy nie. Przeciwnie, dla normalnego biegu i rozwoju przedsiębiorstwa akcyjnego fakt, że akcye jego są przedmiotem gry giełdowej jest wprost klęską, której skutkom — gdy raz nastąpi — zapobiedz trudno. Pojawienie się na ogólnem zebraniu typu „przejezdnego akcyonaryusza”, dążącego do wyśrubowania dywidendy i kursu akcyi, jest wtedy koniecznością, a konsekwencye tej konieczności zawsze są szkodliwe. “W interesie naszego przemysłu krajowego leży niezawodnie, i rozszerzenie się formy towarzystw akcyjnych i ograniczenie gry akcyami—wybrnąć z tej pewnej sprzeczności może społeczeństwo tylko o tyle, o ile zrozumie, że akcye przemysłowe nie są biletami loteryjnemi, a giełda nie jest totalizatorem i że na giełdzie musi zawsze wygrać ten, kto w gotówkę zasobniejszy i z warunkami finansowo-ekonomicznemi kraju lepiej obeznany.”

źródło: e-biblioteka UW (oai:ebuw.uw.edu.pl:6486)

2010-08-14 6:20

Odrobina edukacji sprzed lat

“Z kół czytelników proszono nas o wyjaśnienie związku przyczynowego między załamaniem się spekulacji akcjami w Ameryce, a obniżeniem stopy dyskontowej w Europie. Życzeniu temu chętnie czynimy zadość, sądząc, że aktualna ta kwestja zainteresuje szerszy ogół.Spekulacja akcjami bezpośrednio nie oddziałuje na stan rynku pieniężnego. Prof. Cassel uwidocznił, że zwyżka lub zniżka akcyj jako taka nie przyczyniła się do unieruchomienia względnie zwolnienia ruchu pieniądza. Jeżeli w czasie haussy posiadacz pakietu akcyj sprzedaje go po wyższej cenie nabywcy, to w ten sposób nie może nastąpić uwięzienie nowych sum, bo pieniądze, płacone przez nabywcę, otrzymuje sprzedawca, nie znikają więc one z rynku pieniężnego. Zarówno haussa jak i baissa powodują tylko przesunięcia kapitałów z jednych rąk do drugich, nie odbijając się na pojemności całości rynku pieniężnego.

Pośrednio jednak spekulacja giełdowa posiada kapitalne znaczenie dla rynku pieniężnego. Musimy sobie uświadomić, że im wyżej podnosi się kurs akcyj, tym mniejsza jest ich rentowność; zazwyczaj bowiem podczas Hassy wzrost kursu akcyj prześciga wzrost zysków danych przedsiębiorstw. Tak np. przeciętna rentowność przodujących akcyj amerykańskich przed krachem wynosiła 3 ½ proc., a więc znacznie mniej niż procent bankowy. Otóż taki stan rzeczy, t.j. możność otrzymania – drogą nowych emisyj – taniego pieniądza, ułatwia niezmiernie działalność inwestycyjną; ta zaś unieruchamia już istotnie pewne fundusze, naprężając rynek pieniężny.

W tym samym kierunku działa konieczność unieruchamiania b. znacznych nieraz zapasów gotówkowych przez spekulantów; do spekulacji bowiem niezbędne są rezerwy kasowe umożliwiające interwencję możliwie najszybszą.

Podczas baissy od strony obu powyższych czynników następuje odprężenie. Zmniejszenie się pogotowia kasowego spekulantów wywołuje odciążenie rynku pieniądza krótkoterminowego, który tanieje. Jednocześnie zwalnia się tempo inwestycyj przemysłowych, a postępujący wzrost kapitałów zaoszczędzonych, plasowany dotąd w odnośnych emisjach akcyj, wciągnięty być może do innych lokat, m.in. do pozbawionych szans spekulacyjnych, lecz za to zapewniających stale i w danym wypadku względnie wysokie oprocentowanie, tj. do obligacyj zagranicznych.

Fakt obniżenia stopy dyskontowej Banku Angielskiego, Holenderskiego, Węgierskiego, Banku Rzeszy i Banku Gdańskiego tłumaczy się koniecznością dostosowania jej do nowych warunków rynku pieniężnego. Czem zaś tłumaczy się obniżenie stopy dyskontowej Banku Polskiego? Chyba nie upłynnieniem polskiego rynku pieniężnego! Jest to po prostu taka sama manifestacja, że i my należymy do „koncertu europejskiego”, jakiem było oświadczenie ministra Matuszewskiego, że jesteśmy „europejczykami w sensie gospodarczym”. Stopa dyskontowa Banku Polskiego posiada zbyt małe znaczenie realne, aby jej zniżka lub zwyżka o ½ proc. wpłynąć miała w czemkolwiek na fizjognomiję rynku pieniężnego w Polsce.”

Źródło: Kurjer Poznański, 20 listopada 1929 (wydanie wieczorne)

(autor nie jest podpisany, ale ze stopki w gazecie wynika, że za dział gospodarczy odpowiadał dr Marjan Chełmikowski)”

2010-08-12 11:40

Reklama z giełdą w tle

Wakacyjnie do refleksji.

źródło: Kurjer Poznański, 30 października 1929 (dwa dni po krachu w USA)

2010-08-11 22:40

Gorzka wygrana i prawdziwy prorok

Gdy startowała reforma emerytalna w Polsce założyłem się wówczas z jednym znajomym, że w tej formie nie przetrwa zbyt długo. Zakładałem jednak, że wcześniej czy później ludzie, czyli klienci OFE obudzą się i zauważą, że pobieranie prowizji od przymusowych wpłat w wysokości nawet 10% jest bandytyzmem. Przy inflacji jednocyfrowej, znanych na świecie możliwych do uzyskania stopach zwrotu z obligacji i akcji, oznacza to, że zanim każda moja wpłata do funduszu emerytalnego wyjdzie na “zero” musi minąć jakieś dwa-trzy lata.
Prowizje udało się obniżyć, choć towarzystwa emerytalne wspierane przez IGTE dzielnie walczyły sugerując nawet, że obniżenie prowizji wpłynie na pogorszenie usług. Zawsze mnie fascynował ten argument. Prowizje pobierane przez obowiązkowe fundusze emerytalne były wyższe niż konkurujące ze sobą fundusze inwestycyjne, czyli odpadały koszty promocji, konkurencji i tych wszystkich rzeczy, z którymi muszą się borykać TFI, a jednak grożono, że będzie gorzej.
Od lat jestem krytykiem tego w jaki sposób wykonano II filar, całej III-filarowej reformy. Generalnie sam pomysł i założenia był i jest niezły, tylko wykonanie jak zwykle “na niby”. Oligopol OFE, wysokie prowizje, brak konkurencyjności, brak zróżnicowanej polityki inwestycyjnej, brak sensownej oceny wyników, koncept zakładów emerytalnych- kolejnego pożeracza prowizji, brak wsparcia edukacyjnego dla III filara i wiele, wiele innych.
Tymczasem upadek systemu przychodzi ze strony polityków, którzy już po raz kolejny dobierają się do pieniędzy obywateli, dzięki którym cały system emerytalny miał jako, taki sens.
Tym razem minister Jolanta Fedak “na chwile” chciałaby, żebyśmy zawiesili nasze wpłaty do OFE i przeznaczyli te pieniądze na łatanie dziur.
I tu warto zacytować proroka. Proroka, który dwa lata temu fantastycznie przewidział aktualną sytuację. Proroka o tyle wiarygodnego, że tworzył reformę emerytalną w Chile, na której nasza była wzorowana (tak mówił przez pierwsze lata Marek Góra, który u nas wprowadzał reformę. W ostatnich dwóch latach się rozmyślił i mówi, że wzorujemy się na Szwecji). Poniżej fragmenty wywiadu z Jose Pinera, przeprowadzonego przez Adama Mielczarka, który ukazał się w lipcu 2008 w Manager Magazin:

“Byłem u was jedynie w 1995 r. i wiem tylko, że obciążenia pensji pracowników na rzecz państwa były wówczas ogromne. Nawet teraz zaledwie 7,3 proc. składki trafia na osobisty rachunek, a pozostała część – do kieszeni rządu. To bardzo źle. W Chile ludzie oszczędzają wszystko na prywatnym rachunku i żaden polityk nie może tknąć tych pieniędzy. W Polsce wciąż w wielkim stopniu o oszczędnościach obywateli decyduje państwo. Nie ufam politykom… Dlatego wolę swój rachunek – widzę moje pieniądze i mogę o nich decydować. Wiem również, że są one moją, i tylko moją własnością.”

[…]
Tu właśnie różnię się z prof. Markiem Górą. On twierdzi, że to, co zapisano w tzw. kapitale początkowym, jest równie bezpieczne jak obligacje rządowe. Ja mam zdanie odmienne. Mianowicie: że tak naprawdę któregoś dnia jakiś polityk może przyjść i powiedzieć, że kraj ma problemy i tyle obchodzi go [tu José Piñera zaczyna drzeć kartkę na strzępy], co jest zapisane. Wtedy okaże się, że rachunek ma wartość papieru, na jakim został zapisany.

[…]
Wielka różnica pomiędzy Chile a Polską jest taka, że my poszliśmy na całość, bez reszty opierając się na systemie rachunków osobistych. Rzekę można przekroczyć tylko w całości, a nie w jakiejś jej części. Wy zatrzymaliście się w połowie drogi.”

PS.

Ponieważ ludzie patrzą zwykle na wyniki jednostek i podawane stopy zwrotu oficjalne z uporem maniaka bede podawał realne wyniki na moim rachunku, zeby pokazać jak koszty zabiły sens II filara

Poniżej dane z mojego rachunku, od początku czyli od października 1999 roku

suma wpłat: 17743,2

suma odsetek od ZUS: 184,5

suma pobranych prowizji: 936,8

aktualna wartość: 30 105, 91

Z tego wynika:

realny koszt prowizji: 5,23%

wynik na inwestycji od początku 69,7%

wynik średnioroczny: 4,69%

stopa zwrotu na podstawie wyceny jednostki (marketing) 174%

2010-08-03 9:40

Złoty krzyż śmierci

Analiza techniczna to setki różnego rodzaju narzędzi. Bardzo popularnych, mniej popularnych i zupełnie egzotycznych, które od czasu do czasu zostają spopularyzowane i zaczynają żyć własnym życiem.Istnieje naturalnie pewien kanon narzędzi analizy technicznej, znany przez większość tych, którzy technikami się mienią. Nie ma co się jednak łudzić, że jesteśmy w stanie poznać wszelkie koncepcje, a co za tym idzie nazewnictwo różnego rodzaju zdarzeń na wykresach, czy specyficznego wyglądu wskaźników technicznych. Zwłaszcza, że kreatywność autorów może być nieograniczona. Można sobie wymyśleć formację „Batmana”, o której niegdyś wspominałem, można i wymyśleć, że różnego rodzaju formacje podwójnego dna to formacja „Adama i Ewy”, „Adama i Adama” itp., jak to zrobił Thomas Bulkowski (wariant nazwy zależy od krągłości danego dna). Żeby jedna dana nazwa zyskała na popularności powinna być chwytliwa, odpowiednio rozpropagowana i oczywiście trafić na podatny grunt. Co w przypadku Internetu oznacza, że zostanie szeroko zauważona i wspominana.

W ubiegłym roku nagle zacząłem natrafiać na nową formację. Nową dla mnie, bo wcześniej nie spotkałem się z tym określeniem lub nie zwróciłem na nie uwagi. Oczywiście nie oznacza to, że ono nie istniało. Pewnie gdzieś istniało, ale jak dotychczas z tym określeniem się nie spotkałem. Zacząłem szukać w klasycznych podręcznikach do analizy technicznej (Schabacker, Edwards i Magee, Murphy, Pring, Schwager). Nie znalazłem nawet słowa na ten temat. Nie tylko o samej nazwie, ale nawet o jakimś większym znaczeniu danego zdarzenia. W encyklopedii wskaźników technicznych Colby’ego i Myersa, również nie. Nie pamiętam z żadnej z licznych pozycji o analizie technicznej. Próbowałem szukać w sieci, jakichś źrodeł, ale określenie pojawia się w 2009 roku. Najstarsze miejsce wspominające o „zjawisku” to blog z wpisem z 2006 roku.

Jak się pewnie Czytelnicy domyślili po tytule tekstu, mam na myśl „złoty krzyż” oraz „krzyż śmierci”. Według rozpowszechnionej w ostatnich miesiącach koncepcji, jest to przecięcie dwóch średnich z 50 oraz z 200 sesji. Nazwa zależy od tego, czy szybsza średnia zostaje przecięta od dołu, czyli wskazuje na hossę, czy też od góry czyli wskazuje na bessę.

Gdy po raz pierwszy zetknąłem się z tą nazwą myślałem, że chodzi o jakąś formację na wykresach świec japońskich, bo to Japończycy uwielbiają nadawać tego rodzaju poetyckie określenia. Gdy zobaczyłem, że to zwykłe klasyczne średnie pomyślałem sobie, że ktoś wymyślił coś chwytliwego i zaskoczyło. A jednak przygotowując się do tego tekstu zerknąłem do książki Steve Nisona „Świece i inne japońskie techniki analizowania wykresów” i bingo! Jest. Moja pamięć okazała się zawodna. Należy jednak pamiętać, że w książce Nisona, oba krzyże występują jako generalne określenie sytuacji, gdy średnia krótsza przecinana jest przez dłuższą.

Żeby było jasne, nie chodzi mi o nazwę i to, że nagle stała się popularna. Gdybym nagle zaczął popularyzować formację „pocałunku” na wykresie MACD, też być może nie byłoby tak łatwo znaleźć, że tak określał specyficzną sytuację na wykresie wskaźnika Walter Bressert, którego książka (raczej skrypt) ponad dziesięć lat temu zrobiła na mnie wrażenie. Nie jestem pewien czy przede wszystkim nie ceną, która do dziś pozostaje dość wysoka . Więc nie o to chodzi. Raczej o zaskakującą nagle popularność długoterminowych średnich i przeświadczenie o ich wyjątkowym znaczeniu.

Wygląda na to, że w ramach poszukiwań „odpowiednio dopasowanych” sygnałów, ktoś znalazł te dwie średnie i zauważył, że fantastycznie zapowiedziały ostatnią bessę (sygnał w grudniu 2008 na indeksie SP500) oraz późniejszą falę hossy (czerwiec 2009). A jak zerknąć wcześniej to równie fantastycznie pokazywało, jak łatwo było złapać dłuższe trendy wzrostowe od 2003 roku. Czyż dla technika nie jest to ów „złoty Graal” – narzędzie rozpoznające długoterminowe trendy, pozwalające nie szarpać się i przejmować kilkunastotygodniowymi korektami? Pewnie stąd owa popularność w ostatnich kilkunastu miesiącach. W praktyce…. No cóż, każdy kto zajmuje się analizą techniczną wie, że wszystkie narzędzia mają swoje zalety i wady, ograniczenia i możliwości i warto je poznać, by nie wpaść w pułapki.

Wróćmy jednak do naszych krzyży. Ich popularność na giełdzie warszawskiej jest jeszcze bardziej zaskakująca. Bo o ile spotykałem się dość często z wykorzystywaniem na rynku amerykańskim średnich ze 100 lub 200 sesji, to w Polsce, gdzie za długi termin uznaje się trzy miesiące raczej popularność tak powolnych średnich była ograniczona. Moja teoria mówi, że po tekstach dotyczących rynku amerykańskiego, ktoś postanowił sprawdzić, jak wygląda to na rynku rodzimym i również „zaskoczyło”. Sporo tekstów na ten temat poświęcił Pb.pl. Wspominał o nich Wojtek Białek.

Po raz ostatni temat „krzyży” na wykresie średnich spotkałem na blogu appfunds, w którym autor próbował znaleźć odpowiedź na pytanie, czemu technika przestała działać. W samym tekście znajdziecie Państwo kilka linków do dyskusji wśród zagranicznych ekspertów, czemu średnie działają lub nie. Jak zawsze z niesłychanie logicznymi uzasadnieniami. Zgodnie z zasadą, że wyjaśnić da się wszystko. Choć niekoniecznie musi istnieć związek przyczynowo-skutkowy.

Jako bonus zwrócę też uwagę na wpis jednego z blogerów, który postanowił zrobić własne statystyki. Niestety wygląda na to, że został pokonany właśnie przez fakt, że tak długoterminowe średnie dla wielu aktywnych techników, są wbrew ich własnej naturze.

Oto co pisze autor: „Na początek przetestowałem co się dzieje na indeksach przez 20 dni po wykonaniu “krzyża śmierci””. Sprawdzenie jak wygląda zachowanie rynków po 20 dniach przez sygnał wygenerowany na podstawie średnich z 50 i 200 sesji? To prawdziwy hardcore. Hardcore w ramach szumu.

Spróbujmy więc okiełznać, w jakiś sposób owe dwie średnie i ich potencjalną skuteczność lub nieskuteczność.

Należy po pierwsze zdać sobie sprawę, że zbyt wielkiej liczby sygnałów na naszym rynku nie będzie. Dwustusesyjna średnia zaczęła powstawać na wykresie indeksu WIG dopiero w czerwcu 1993 roku, czyli po dwóch latach od startu giełdy. Pierwszy sygnał pojawił się dopiero we wrześniu 1994 roku i od tamtej pory było ich w sumie osiemnaście. Nie jest to zbyt wiele, ale nie narzekajmy.

Sprawdźmy ile czasu trwał każdy okres po wygenerowaniu złotego krzyża (hossa) do krzyża śmierci. I od wygenerowania krzyża śmierci (bessa) do kolejnego złotego krzyża. Zobaczmy też jak wyglądała zmiana indeksu WIG w tych okresach.

Złoty krzyż

Jak widać na dziewięć przypadków tylko w czterech okres od złotego krzyża do krzyża śmierci wiązał się ze wzrostem indeksu. Ostatni wciąż trwa, więc tu sytuacja jest jeszcze nieprzesądzona. Czy to wystarczy by uznać, jakąś wyjątkową skuteczność tego sygnału? Zwłaszcza, gdy widzimy jak wyglądały zmiany indeksu.

krzyż śmierci

Nie lepiej wygląda to w przypadku bessy. Również cztery sygnały na dziewięć pokazujące, że w czasie gdy średnie pokazywały bessę nastąpił spadek.

Pozwolę sobie zacytować fragment jednego z materiałów „Tymczasem skuteczność analizy średnich kroczących jest w historii GPW zadziwiająco wysoka w dłuższym horyzoncie. Szczególnie, jeśli weźmiemy pod uwagę silne sygnały kupna (”złoty krzyż”, czyli przebicie od dołu dłuższej średniej przez krótszą) i sprzedaży (”krzyż śmierci”, czyli przecięcie od dołu krótszej średniej przez dłuższą).

Nie jest moim celem przekonanie Czytelników, że opisywana metoda jest zupełnie bezużyteczna. Chodzi mi raczej o brak szerokiego spojrzenia na faktyczne zdarzenia towarzyszące sygnałom w postaci przecięcia długoterminowych średnich, nie zaś spojrzenie na kilka ostatnich, które akurat zadziałały i na tej podstawie uznanie, że oto mamy niesłychanie skuteczną metodę.

Wiadomo, że długoterminowe średnie będą generowały sygnały wyjątkowo późno. Jeśli trend nie będzie się zmieniał bardzo dynamicznie to może nawet nie będzie to sygnał zbyt oddalony od maksimów lub minimów. Jednak w przypadku silnych załamań trendu sygnał może być bardzo oddalony od ekstremów. W skrajnych przypadkach okres między sygnałami (czyli np. „hossa”) może wyglądać tak jak w okresie styczeń – sierpień 2000. Wzrost będzie zbyt mały, a spadek go „skasuje” i dopiero pojawi się „krzyż śmierci”.

hossa 2000

Czy tego rodzaju sytuację można uznać, za hossę?

Spróbujmy zerknąć na „charakter” ruchów rynku w obrębie sygnałów. W tabeli poniżej widzimy ile czasu (w %) rynek po wygenerowaniu złotego krzyża znajdował się powyżej wartości z dnia sygnału. Te obliczenia pokazują nieco bardziej pozytywny obraz „hossy”. W siedmiu przypadkach rynek był powyżej przez ponad 70 procent czasu. W jednym wypadku po sygnale żaden dzień nie był powyżej. Zwrócę też uwagę na omawiany już wcześniej okres w 2000 roku. Przez 86% czasu rynek był powyżej wartości z dnia sygnału. A jednak jeśli możemy mówić o trendzie w długim terminie, to co najwyżej o trendzie bocznym, niż o wzrostowym

rys4

Kolejna informacja to ruch wykonany do maksimum. Tu wygrywają „ewidentne” hossy – zaznaczone na zielono sytuacje omawiane wyżej, czyli okres gdy rynek od sygnału do sygnału zanotował wzrost. Najmniejsza zwyżka wyniosła 32,5%, największa 370%. W pozostałych przypadkach wzrosty sięgały maksymalnie 20 procent.

W przypadku „bessy” wyznaczanej krzyżem śmierci sytuacja wygląda jeszcze gorzej. Tylko w czterech przypadkach, w których zmiana w czasie całej „bessy” była ujemna, wartości były poniżej wartości z dnia sygnału przez ponad 70 procent czasu. W pozostałych pięciu nie przekraczały 40 procent. Można więc powiedzieć, że wówczas bessy nie było. A w tabeli poniżej dokładne wyniki

rys5

Każdy z Czytelników może sam określić parametry, które według niego najlepiej będą opisywały, czy jakiś okres na rynku jest hossą czy bessą. I na tej podstawie sprawdzić skuteczność metody. W przypadku omówionych krzyży na polskim rynku na razie można mówić o przypadkowych wynikach.

***

PS. W obliczu pewnej paranoi, z którą mamy do czynienia, chciałbym prosić Czytelników, by nie szukali związków tego tekstu z aktualną sytuacją polityczną, socjologiczną, czy jakąkolwiek inną niż związaną z narzędziami AT.

2010-07-30 13:20

Dość, oskarżam!

John C. Bogle to założyciel i były prezes Vanguard Mutual Fund Group – firmy, która zasłynęła wprowadzeniem w połowie lat siedemdziesiątych funduszy indeksowych i zmieniła postrzeganie branży funduszy. Według Bogle’a większość funduszy poza pobieraniem opłat nie daje swoim uczestnikom żadnej wartości dodanej, dlatego o wiele lepiej skupić się na funduszach, które powielają koszyk akcji w postaci indeksu. Zwłaszcza, że mogą one drastycznie obniżyć swoje koszty działania.

W ubiegłym roku ukazał się polski przekład jednej z książek Bogla „Dość” (wyd: Polskie Towarzystwo Ekonomiczne – książka jest do kupienia niemal wyłącznie bezpośrednio na stronach PTE). W zasadzie książka jest oskarżeniem uczestników świata finansów o zagubienie ideałów, które budowały amerykański kapitalizm – uczciwości, profesjonalizmu, rzetelności, a skupienie się wyłącznie na zarabianiu jak najwięcej i jak najszybciej kosztem klientów. Bo to klienci ponoszą koszty marketingu, prowizji pobieranych przez rosnące rzesze pośredników, tworzenia nikomu niepotrzebnych i skomplikowanych produktów.

Mamy, aż za dużo „złota głupców” w postaci marketingu i sztuki sprzedaży, a nie dość prawdziwego złota w postaci idei odpowiedzialności i zasad troski o dobro klienta”.

Czy nie brzmi to bardzo podobnie do zdania wypowiedzianego bodaj w 2007 roku przez Roberta Nejmana (fundusz Gandalf), że zarządzanie funduszami w Polsce przejęły działy marketingu i sprzedaży?

Bogle oskarża niemal wszystkich – zarządzających funduszami, że ich celem nie jest bogacenie się klientów, tylko ich samych. Że zamiast skupić się na długofalowym inwestowaniu próbują krótkoterminowych strzałów tworząc coraz to nowe, modne i dobrze sprzedające się produkty.

jak możemy choćby stwarzać pozory, że poczuwamy się do odpowiedzialności za dobro naszych klientów, skoro spośród 6126 funduszu istniejących w 2001 roku o prawie 2800 słuch już dawno zaginął, choć od tego czasu upłynęło zaledwie siedem lat”.

Prezes Vanguard zarzuca własnej branży, że tworzenie tak wielu funduszy jest absurdalne. Pierwotnie fundusze inwestycyjne miały służyć klientom do tego, by nie skupiali się na wyborze akcji i korzystali jak najszerzej z dywersyfikacji. Tymczasem teraz klienci mają problem, bo muszą przedzierać się przez tysiące funduszy. Biznes funduszowy to „branża zdominowana przez marketing, biorąca udział we wściekłej orgii mnożenia produktów.

Trudno się spodziewać innego stanowiska od człowieka, który stworzył fundusz indeksowy szerokiego rynku, a jednak nie sposób odmówić mu racji.

Może to brzmieć zaskakująco, że twórca pasywnego inwestowania wiele ciepłych słów w książce poświęcił Warrenowi Bufettowi i Benjaminowi Grahamowi. Jednak Bogle skupia się tu na sensie inwestowania, które wiąże się z przedsiębiorstwami i z oceną ich działalności, a nie spekulowaniem na akcjach, które coraz bardziej odrywają się od tego, co przedsiębiorstwo sobą może zaprezentować.

Owo oderwanie to pochodna zachowań nie tylko zarządzających, ale również prezesów i rad nadzorczych firm, którzy walczą o kolejne opcje na akcje, czy „malują zyski”, a tym samym skupieni są nie na wartości firm, tylko na cenach ich akcji. Przedsiębiorcy, już nie są przedsiębiorcami, a tylko „zarządcami”. W pogoni za ceną akcji i wzrostem za wszelką cenę (a nie zyskami) przedsiębiorstwa łączą się i wykupują inne, a ostatecznie kończy się tak jak w przypadku Tyco International, które zanim upadło przejęło 700 firm, czy firma Avis, która przeszła przez ręce 18 właścicieli od 1946 roku.

Odważę się zgadywać, że finansiści, którzy rozgrywali te wszystkie handlowe gierki wokół biznesu stworzonego przez Warrenna Avisa, wyciągnęli z tego biznesu znacznie więcej pieniędzy niż ich spłynęło do udziałowców firmy”.

Ten zarzut pojawia się na stronach książki dość często. Branża finansowa zdaniem Bogle’a nie dość, że nie wiele tworzy, to jeszcze pomniejsza to, co zostało wytworzone przez realne przedsiębiorstwa – „obecny system finansowy uszczupla wartość możliwą do wytworzenia przez społeczeństwo”. A koszty tego wszystkiego płacą klienci.

Kreatywne żonglowanie liczbami to nie tylko domena finansistów, czy zarządów spółek. Dostaje się również rządowi amerykańskiemu za fałszowanie danych dotyczących PKB, czy inflacji (Bogle odwołuje się do tekstu „Numbers Racket” – http://www.mindfully.org/Reform/2008/Pollyanna-Creep-Economy1may08.htm)

Kolejny oskarżony to rynek pochodnych i spekulacja. Od lat zajmuje się tymi aspektami działania rynków, co więcej sam jestem krótkoterminowym spekulantem, więc można by uznać, że Bogle uderza w pole mojej aktywności. A jednak prezes Vanguard zwraca uwagę, że nie chodzi o likwidację tych aktywności, które bywają użyteczne i potrzebne, tylko zachowanie odpowiednich proporcji. Zwłaszcza przez zarządzających funduszami, którzy zapominają o swoich klientach – „spekulacja jest grą w przegrywanie”. A jeśli tak jest to czas powrócić do długoterminowego inwestowania, w którym liczy się firma (a nie cena jej akcji) i klient (dla którego mamy zarabiać, a nie na nim zarabiać).

Nie można się więc dziwić, że dostało się również branży i zarządzającym funduszami hedge. Krytyka tego rodzaju funduszy jest klasyczna. Według Bogle’a większość nie daje inwestorom nic więcej, niż mogliby zarabiać dzięki inwestycjom długoterminowym. Do tego pobiera horrendalne prowizje (ale nie oddaje ich, gdy traci pieniądze klientów).

Książka nie jest wyłącznie manifestem-oskarżeniem 81-letniego Johna Bogle’a. To również próba podania rozwiązań, przynajmniej części bolączek. Sam autor pisze, że często naiwnych i idealistycznych. Opierają się na powrocie do klasycznych purytańskich tradycji, w której było miejsce na odpowiedzialność  profesjonalizm, powściągliwość, charakter, zaufanie i wiele klasycznych cech. Dzięki temu będziemy mogli skoncentrować się na rzeczach naprawdę ważnych, a nie tylko na osiągnięciu sukcesu – „za bardzo myślimy o sukcesie, a nie dość o charakterze, bez którego sukces jest pozbawiony znaczenia”.

Czy polskiego Czytelnika przekona? Na to pytanie musi odpowiedzieć sobie każdy przed sobą.

Na koniec kilka słów o przekładzie. Nie jest łatwo tłumaczyć książki finansowe. Nie tylko dlatego, że są naszpikowane słownictwem i terminologią, które nie istnieją w języku polskim i które trzeba „tworzyć” lub wybierać, czy pozostawić oryginalne brzmienie, bo już żyje w naszym języku w takiej formie. Trudne są teksty dotyczące instrumentów finansowych, jakie powstały w ostatnich latach, a z których wiele było w centrum ostatniego kryzysu (CDO, CBO, CMO, CPDO), czy choćby wiele strategii funduszy inwestycyjnych. Nawet dla osób z angielskiego kręgu językowego jest to czasem czarna magia, zachęcająca choćby do takich żartów, jak znany skecz Birda i Fortune. .

I w tym kontekście rozumiem wyjaśnienia od tłumacza p. Anny Gąsior-Niemiec na początku książki o trudności i zawiłościach przekładu i w konsekwencji wielu przypisów od tłumacza. Niestety dziecko wylane zostało z kąpielą. Mogę powiedzieć, że jestem zmęczony tym przekładem. Po pierwsze zamieszczenie przypisów tłumacza (jest ich około dwustu!) na samym końcu książki to męczarnia polegająca na ciągłym przekręcaniu stron. O wiele lepiej sprawowałyby się przypisy na dole strony. Po drugie, odnoszę wrażenie, że tłumaczka nie bardzo potrafiła wziąć odpowiedzialność za swój przekład, stąd właśnie owe częste przypisy. Dotyczyły one nawet tytułów podrozdziałów. Fakt, często były to gry słowne wykorzystujące owo tytułowe „dość” (enough). Ale zdecydowanie jest to dość ryzykowne zagranie. Poza tym zupełnie nie rozumiem, dlaczego w takim razie część śródtytułów została pozostawiona po angielsku, a dla odmiany w przypisach jest tłumaczenie.

Nie jestem też pewien, czy tłumaczenie „Wirgińczycy” z przypisem „mieszkańcy stanu Wirginia (ang. Virginia)” nie jest już zbyt daleko idącą asekuracją, czy też niewiarą w inteligencję Czytelnika.

W każdym razie mimo owej ostrożności nie obyło się bez błędów. W jednym akapicie czytamy o funduszach „market neutral, purpoted private equity, no net equity exposure”, które opisowo zostały wyjaśnione (z różnym skutkiem) w przypisach, ale w tym samym akapicie tłumaczka pisze o „funduszach nastawionych na zakup 130 procent długo- i 30 procent krótkoterminowych papierów”. Pewnie część Czytelników wie o jakie fundusze chodzi, bo przez moment i w Polsce się pojawiły. Chodzi o fundusze, które mają długą ekspozycję w 130% i krótką w 30%, co zresztą znajduje się w przypisie „funds 130 long in stocks and 30 short”.

Choć mylenie pozycji krótkich (short) z krótkoterminowymi pojawia się od czasu do czasu w tłumaczeniach, to jednak w takiej pozycji, firmowanej przez takie wydawnictwo, nie powinno mieć miejsca.

2010-07-27 8:40

55% w złocie i …

Zbliża się koniec miesiąca. A tym samym okres podawania wycen przez część funduszy zamkniętych. Z zainteresowaniem czekam na wyniki, a przede wszystkim na komentarz dla klientów ze strony Investors TFI.  Pod koniec maja fundusz oznajmił, że skupia się na inwestycjach w złoto, by podtrzymać swoją decyzję w kolejnym miesiącu. A z miesięcznego komentarza (opublikowanego z opóźnieniem) wynikało, że 55% aktywów stanowi złoto. Ponieważ strategia miała powielać politykę funduszu Gold FIZ, pewnie były to pozycje długie (część to prawdopodobnie akcje spółek).

Do tej pory cena złota w lipcu spadła około 12 procent w złotych i 5 procent w dolarach. Tym bardziej możliwy wynik Investor FIZ wydaje się interesujący. Na rynku wtórnym inwestorzy na razie nie reagują i przez cały lipiec cena certyfikatów utrzymuje się w obszarze 2150 -2170 złotych, choć certyfikaty na fundusz Investor Gold FIZ zareagowały na sytuację złota spadając od początku lipca z 2061 na 2015 złotych

2010-07-26 8:50

Czy możesz mieć szansę?

Gdybyśmy, zamiast myśleć o prognozowaniu kursów walut, cen akcji, czy innych towarów zaczęli patrzeć na rynki w kategoriach zakresu możliwych wahań i procentowych prawdopodobieństw, świat byłby mniej ryzykownym miejscem. Dopuszczalibyśmy wówczas pewien stopień prawdopodobieństwa wystąpienia rzeczy niezwykłych i nie byłyby one dla nas szokujące. Prognozowanie traktowane klasycznie jest wyłącznie zgadywaniem.To jedna z wielu interesujących myśli w niedawno wydanej książce „Zawsze masz szansę” Michaela i Ellen Kaplan (Świat Książki).

Jest to kolejna już pozycja wydana w ostatnich latach traktująca o statystyce i probabilistyce, która powinna zainteresować uczestników rynku finansowego.

Autorzy wyjaśniają podstawy tych dziedzin, historii, problemów związanych z ich wykorzystywaniem w różnych obszarach życia, począwszy od medycyny, poprzez sprawy sądowe a skończywszy (choć tak naprawdę, tu się wszystko zaczęło) na grach hazardowych. Wszystkich, których zainspirowała niedawna dyskusja o ryzyku rozpoczęta przez Kathaya na blogach zachęcam do sięgnięcia, gdyż znajdą tam jeszcze jedni ciekawe spojrzenie na problem ryzyka. Choć fragment, który pozwolę sobie zacytować dotyczy prognoz pogody, ogólną ideę śmiało można przełożyć również na świat finansów:

„Probabilistyczne myślenie o pogodzie oznacza zamianę pytania „Co się stanie?” na rozważenie „Jaki wpływ będzie miało to, co może mi się przydarzyć?” Takie kalkulacje w przypadku katastrof wydają się oczywiste, ale przekładają się także na normalną, codzienną zmienność pogody: chłodno czy ciepło, mokro, czy sucho.”

Ryzyko jest więc obiektywne czy subiektywne?

Poza problemem z wykorzystywaniem części narzędzi statystycznych książka jest pełna przykładów i anegdot związanych z tym obszarem rzeczywistości. Czy wiedzieli Państwo, iż jeden z amerykańskich matematyków wojennych uważał, że za sukcesem desantu w Normandii leżały błędne prognozy?

„opracowane przez amerykańskie wojski prognozy na ten dzień były tak absurdalnie nieprawidłowe, że niemieccy specjaliści od meteorologii […] po prostu nie byli w stanie uwierzyć, że moglibyśmy być tak głupi, aby tak bardzo się pomylić i planować cokolwiek na podstawie takich bzdur”.

Choćby z racji języka i podejścia do tematu śmiało można uznać, że to lektura wakacyjna. Zwłaszcza, że autorzy są „nietypowi”. Michael Kaplan studiował historię, jest pisarzem zajmuje się również produkcją filmów dla  rządów, korporacji i organizacji charytatywnych. Jego matka Ellen Kaplan jest archeologiem, nauczycielem (między innymi matematyki, biologii, łaciny, greki) oraz założycielem fundacji Math Circle, której celem jest podnoszenie poziomu nauczania matematyki dla dzieci i młodzieży.

Swoją drogą może wydawać pieniądze na reklamy studiów politechnicznych i matematyki (20 mln zł) zawierające błędy (LINK), bo agencja reklamowa przygotowująca podchodzi do matematyki z nonszalancją lepiej byłoby myśleć właśnie o tego rodzaju fundacjach.