Zatory płatnicze to zwrot, który robił karierę jakieś 8-9 lat temu. Przy okazji recesji, o której mało kto chyba pamięta (przynajmniej na podstawie aktualnych informacji w przeróżnych mediach). To wtedy firmy lawinowo nie wywiązywały się ze swoich płatności, bo gdzieś w mechanizmie ktoś komuś nie zapłacił faktury i cały ciąg zależności sypał się jak domek z kart. To wtedy modne było zakładanie w branży budowlanej – spółek, które reprezentowały dewelopera, nie mając żadnego majątku, których celem było rozliczanie się z podwykonawcami. Tylko, że podwykonawcy nie dostawali swoich pieniędzy i padali jak muchy.
To wtedy wiele zakładów pracy nie płaciło swoim pracownikom w terminie (nie opłacając również ZUS-u), mówiąc im „ciesz się, że masz pracę”. To wtedy wyrabiałem sobie w malej firmie poligraficznej wizytówki i ponieważ zapomniałem wziąć gotówki, powiedziałem właścicielowi, że zrobię mu przelew z konta, jeśli mi udostępni komputer. A on mi na to – „przyjmujemy tylko gotówkę. Już mieliśmy takich co robili przelewy, a później je anulowali”. W pewnym momencie nikt nikomu nie ufał. Wszyscy chcieli natychmiastowych rozliczeń.
Przez krótki moment pracowałem wówczas w firmie (spółka notowana na giełdzie warszawskiej), której właściciele mieli ambicje zostać „koncernem medialnym”. Ich polityka była prosta – nie płacili nikomu, ani pracownikom, ani podwykonawcom, ani usługodawcom (za wynajem, telefony itp.). To znaczy płacili, z kilkumiesięcznymi poślizgami i tylko tym, którzy się trochę bardziej awanturowali.
Zadziwiało mnie to, że obok w innym tytule – bardzo znanym dzienniku – pracują dziennikarze, wydawałoby się rozsądni i inteligentni ludzie, którym nie płacono od kilku miesięcy, ale mamiono ich, że za chwile będą pieniądze i oni dzień w dzień robili gazetę – czyli pracowali za darmo. I oni w to wierzyli. Gdy zostały odcięte telefony, współtwórca gazety – zaproponował zespołowi, żeby dzwonili z prywatnych komórek.
Ponieważ miałem podejrzenie, że szefostwo spółki manipuluje informacjami postanowiłem zawiadomić KNF i GPW. Celem było zawieszenie notowań akcji spółki – w mojej ocenie poważnego źródła finansowania szefostwa (sprzedawali akcje, po podbiciu kursu jakąś „enigmatyczną” informacją). Wtedy prezes spółki na chwilę się przejął i zaproponował mi „uregulowanie zaległości”. Podejrzewam, że właśnie tak działała ta metoda. Poinformowałem, że jeśli nie zapłaci całemu zespołowi, to nie oddam nowego numeru magazynu do druku. Mam satysfakcję, że wtedy zaczął się początek końca „koncernu” (jeśli, ktoś jest zainteresowany szczegółami zapraszam).
To również czas, gdy o podobnej strategii słyszało się jeśli chodzi o znany ogólnopolski salon sprzedaży książek.
Wiele przypadków sprawiło, że osiem lat później zająłem się wydawaniem książek. Trochę hobbystycznie, trochę traktując to jako nowe wyzwanie. Częściowo jest to kontynuacja wielu rzeczy, które robiłem od lat. Zawsze czytałem książki, polecałem je na wykładach, pisałem recenzje, cieszyłem się, gdy ktoś wydawał perełki, wzburzałem, gdy przekład był słaby i „zmarnowano” tytuł. Uznałem, że spróbuję rozszerzyć moją działalność okołogiełdową i wydam „kilka” książek giełdowych, które uważam za warte polecenia.
Wiele osób dookoła pukało się w czoło – „bierzesz się za przestarzały biznes”, „ to bardzo trudna branża” itp., itd. Ale cóż, słowo się rzekło. Jeśli coś jest trudne, czemu nie spróbować.
I przez rok słuchałem z dystansu, osób związanych z branżą wydawniczą od lat i niezmiennie się dziwiłem. Zadawałem pytania naiwne jak sześciolatek i wciąż słyszałem „nic się nie da zrobić”, „tak już jest”, „nie mamy wyjścia”.
Wiele osób pytało mnie, czemu moich książek nie ma w powszechnie znanej ogólnopolskiej sieci. Odpowiadałem – a dałbyś towar komuś, kto jest znany z tego, że nie płaci nikomu w terminie, zaproponował ci płatność w terminie 180 dni (słownie dla tych, którzy nie wierzą: sto osiemdziesiąt dni, czyli pół roku), zażądał rabatu 60% i dodatkowo zawarł w umowie zapis, że nie mogę dalej sprzedać jego wierzytelności, jeśli nie zapłaci w terminie. Nie wspominając już o takim szczególe jak prawo zwrotu książek.
Dziwiłem się, że ktokolwiek poszedł na takie warunki. Przecież to nie może zadziałać. Zwłaszcza, że wydawca wystawia fakturę i musi od niej zapłacić VAT i podatek dochodowy. Zagrożony jest cały system – wydawcy, drukarnie, autorzy, redaktorzy.
A propos. Gdy wprowadzano VAT na książki w tym roku, branża wydawnicza grzmiała, że to zarżnie rynek. Ja mówiłem – przecież to super. Stawka 5% nie jest jakaś zabójcza, a może wreszcie znormalizuje ten rynek. Ten główny problem z niepłaceniem w terminie. Właśnie dlatego, że wystawiając fakturę VAT należy zapłacić. Nie znormalizowało. Ale zdaje się, że jeszcze bardziej pogorszyło sytuację. I jeszcze bardziej się dziwiłem, że o problemie jest cicho.
Dziwiłem się, że wydawcy nie są w stanie się porozumieć i powiedzieć – nie dajmy tam książek przez kwartał. Zobaczymy co się stanie. Ale „wielki dystrybutor” rozgrywał to genialnie. Ze swojego punktu widzenia i oczywiście akcjonariuszy – korzystanie z darmowego wielomiesięcznego kredytu jest grą wartą zachodu.
Podejrzewam, że mieliśmy teorię gier w pigułce – specyficzną wersję „dylematu więźnia”, w której trzeba zdecydować, czy lepiej iść na współpracę, czy być egoistą. I wygląda na to, że większość wydawców wybierała egoizm (a propos polecam nowość „Sztuka strategii„, wydaną przez MT Biznes). Prawdopodobnie (to mój domysł) ci najbardziej się awanturujący dostawali jakiś „ochłap” zaległości. Podobnie jak to robiono w firmie, w której wcześniej pracowałem.
Jeden z hurtowników mówi mi, że nie może wziąć moich książek, choć bardzo by chciał, bo wielki dystrybutor wisi mu blisko „siedmiocyfrową” kwotę i on już ledwo przędzie. Nie dziwi mnie to. Dziwi, że pozwolono sobie na to.
Dziennikarze, którzy niegdyś pracowali w dzienniku opisywanym wyżej, ze względu na swoje preferencje polityczne narzekają na rząd, że jest nieprzyjazny dla biznesu. Naśmiewają się z „jednego okienka”, że się nie udało. Ale to nie to jest problemem dla przedsiębiorczości. Większym są wielkie molochy, które mają gdzieś etykę biznesową. Moloch, o którym piszę to spółka giełdowa, czyli taka, od której czasem wymaga się wyższych standardów. I owszem, na swoich stronach ma oczywiście kodeks dobrych praktyk oraz własny kodeks etyczny, w którym można przeczytać: „Członkowie Kierownictwa i Pracownicy zobowiązani są starać się postępować uczciwie oraz na warunkach rynkowych z akcjonariuszami, klientami, dostawcami, konkurentami i pracownikami Spółki”.
Zabawne. Zwłaszcza, że niepłacenie w terminie jest standardem. Wielu z nas zna pewnie hasła o „odpowiedzialnym biznesie”, „fair trade” (na marginesie znów polecę książkę, w której pokazano, że nie zawsze fair trade jest fair. Pisał o niej Adam Stańczak). Pewnie niejeden Czytelnik nie kupił produktów firm, gdzie donoszono o wykorzystywaniu pracowników. Ale wygląda na to, że łatwiej oburzyć się razem z Naomi Klein, niż zauważyć analogiczne sytuacje na rodzimym rynku. Przeczytałem w ostatnich dniach wiele komentarzy, że „wielki dystrybutor” jest fajny, bo pozwala czytać książki, komiksy i że jest „super pro-klientowski”. Wielu z tych, którzy tak piszą, nie wie (albo nie chce wiedzieć), że te „zużyte” egzemplarze wrócą do wydawcy. Wielki wujek nie ponosi żadnego ryzyka.
Ruchy społecznościowe w ostatnich latach sporo zmieniły. Pod wpływem wielkich akcji społecznych wielkie korporacje rezygnowały z wątpliwych etycznie działań. Wieloletnie dyktatury upadały (vide „arabska wiosna”). Może więc nadszedł czas na podobny ruch w Polsce – nie korzystam z usług nieuczciwych firm. Nieuczciwych, czyli nie płacących w terminie – konsekwentnie. Coś zaczęło się dziać wokół „wielkiego dystrybutora”. Powstała kampania na Facebooku „nie karmię książkowego potwora”. To o czym wiedziała wyłącznie branża, ma szansę dotrzeć do powszechnej świadomości.
Wielu myśli, że chodzi o walkę z monopolem. To zły punkt widzenia. Chodzi o marne standardy w biznesie i ich piętnowanie. I uświadomienie zwykłym ludziom, że niepłacenie w terminie to domino, wcześniej czy później sięgnie ich samych, albo kogoś z otoczenia.
**
Długo zastanawiałem się czy pisać ten tekst. Nie jestem już jak kiedyś wyłącznie dziennikarzem. Jestem związany z instytucją, której logo firmuje moje teksty, a ja ją reprezentuję. Dodatkowo, można uznać, że dbam o swój własny interes jako wydawcy. Ale od wielu lat pisałem o spółkach giełdowych i wątpliwych zachowaniach, więc uznałem, że tym razem też to zrobię. Bo problem jest ważny.
A swoją drogą zastanawiam się, czy jakaś instytucja finansowa w swojej wycenie akcji uwzględni „ryzyko” ruchu społecznego. Moim zdaniem jest dość wysokie.