„Nieskończona liczba Rzeczy szydzi z naszego umiłowania Ładu. Szukajcie - a znajdziecie; zawsze w końcu znajdziecie, jeżeli będziecie tylko dość żarliwie szukali, statystyka bowiem niczego nie wyklucza, czyni wszystko możliwym, jedynie mniej lub więcej prawdopodobnym. Historia zaś jest ziszczeniem się brownowskich ruchów, statystycznym tańcem cząstek, które nie przestają marzyć o innym doczesnym świecie.” Stanisław Lem
Rynek finansowy jest fantastyczny. Pozwala na tworzenie i udowadnianie, najbardziej nawet karkołomnych tez. Jeśli dysponuje się pomysłem, odpowiednim oprogramowaniem i cierpliwością można z dużym prawdopodobieństwem znaleźć takie dni w roku, w którym dotychczas ceny wyłącznie rosły. Można sprawdzać, jaki dzień daje najwyższy wzrost indeksów, zaś później ekscytować się że średnio czwartki wzrost indeksu WIG20 jest największy, bo wynosi 0,13%, choć dla praktycznego tradingu jest to wielkość, która nie ma najmniejszego znaczenia. Można tworzyć karkołomne tezy, w jaki sposób wydarzenia z pop-kultury dają nam informacje o zbliżających się krachach (moja dyskusja z Dapim), choć najczęściej łątwo jest znaleźć te związki po fakcie, niż przed faktem i wiele, wiele innych.
Możemy tworzyć różnego rodzaju efekty o wdzięcznych nazwach w tym „efekt Marka Twaina” (http://www.parkiet.com/artykul/7,877340.html), bo ktoś gdzieś kiedyś być może nie zrozumiał intencji stwierdzenia autora słynącego z ironii: „Październik jest szczególnie niebezpiecznym miesiącem do spekulowania na giełdzie. Innymi takimi miesiącami są lipiec, styczeń, wrzesień, kwiecień, listopad, maj, marzec, czerwiec, grudzień, sierpień i luty.”
W gruncie rzeczy część tendencji szerzących się wśród analityków nie różni się wiele od wiary w numerologię i to, że jeśli suma liczb daty urodzenia wynosi ileś tam, to definiuje to osobowość człowieka. W tych zabiegach przodują technicy, choć fundamentaliści oraz ekonomiści również mają swoje ulubione „horoskopy”.
Ostatnio w „zabawę” (jak przyznał sam autor) z liczbami zaangażował się Przemek Barankiewicz z Pb.pl, którego stary blog lubiłem czytać, z uwagi na rzadki na naszym rynku dociekliwy punkt widzenia. Tym razem auto wziął się po raz kolejny za próbę sprawdzenia, jak zachowanie akcji w styczniu jest skorelowane z zachowaniem rynku w całym roku.
„Okazuje się, że pewną zależność widać, gdy pod uwagę weźmiemy cztery pierwsze sesje roku. W 13 przypadkach na 15 kierunek WIG był taki sam, jak w całym rozpoczętym roku.”
Główne pytanie brzmi - dlaczego „cztery pierwsze sesje”? Nie zaś na przykład dwie. Czy cztery ma jakieś specjalne/ukryte znaczenie?
Swoje „badanie” autor rozpoczął od 1995 roku. W zasadzie czemu, skoro dane za pełny rok są dostępne od 1992 roku? Ciekawe czemu też nie zwrócił uwagi na fakt, że w 13 przypadkach na 15 również pierwsza sesja roku miała zgodny kierunek z późniejszą tendencją całoroczną. Oczywiście warto sprawdzić (i jestem przekonany, że autor to zrobił w celu potwierdzenia własnej tezy), jak to wyglądało na 2,3 i innych sesjach. No więc w okresie 1995-2008 po dwóch, trzech oraz pięciu sesjach w 12 przypadkach na 15 kierunek był taki sam. Uważacie, że statystycznie różnica między 12 a 13 przypadkami na 15 ma znaczenie? Po 10 sesjach kierunek potwierdził się w 11 przypadkach.
A jak to wygląda, gdy weźmiemy pod uwagę okres 1992-2008? Po jednej, dwóch, trzech, czterech, pięciu sesjach w 14 na 18 kierunek był zgodny. Po dziesięciu było to w 12 przypadkach, ale nie wykluczam (a pewnie nawet jest mocno prawdopodobne), że np. po 12, albo 44 sesjach też byłoby to 14 przypadków.
W sumie, gdyby ktoś zrobił podobne „badanie” po 2000 roku, to napisałby, że w 8 przypadkach na 9 po trzech sesjach określony jest kierunek na cały rok.
Dlaczego uważam, że autor „szukał” odpowiedniego potwierdzenia (tak jak analitycy techniczni szukają tylko tych dywergencji, które potwierdzają ich oczekiwania co do rynku). W jednym z lat w podanej tabeli pomylił wartość i „wziął” z kolumny obok - dla trzech dni (kierunek był ten sam, więc na wnioski to nie wpłynęło). Zdarza się to przy pracy z wieloma liczbami w arkuszach kalkulacyjnych i ich dalszym kopiowaniu i przenoszeniu.
Ponadto sam pamiętam, jak lata temu zachwycony podobnymi „zależnościami” i „korelacjami” zaczynałem pisać materiały pod założone tezy, a jeśli wyniki okazywały się odmienne od intuicyjnych oczekiwań, tezy „dopasowywałem” do wyników. Nie ze złej woli. W żadnym wypadku. Raczej było to coś na zasadzie zadziwienia - „o, to jeszcze ciekawsze”.
Ponieważ przez lata utrzymywałem się z pisania, to dla Czytelników nie bardzo obeznanych z tą częścią rzeczywistości mała uwaga - z całą pewnością więcej pieniędzy zarabia się na wierszówce o tego typu efektach, niż na próbach wykorzystania ich w realnym tradingu. 
Ale, żeby było jasne nie uważam, że nie warto tego typu rzeczy badać i opisywać. Uważam tylko, że trzeba to robić rzetelnie.