Grzegorz Zalewski

2012-01-03 18:00

Go, Go, Go

„W dniu 29 czerwca 2011 spółka AVTECH AVIATION & ENGINEERING PLC z siedzibą w Wielkiej Brytanii, dla której funkcję Autoryzowanego Doradcy pełniła spółka GOADVISERS SA, złożyła wniosek o wprowadzenie akcji do obrotu w alternatywnym systemie NewConnect. Sporządzony w związku z tym wprowadzeniem (według stanu na dzień 11 lipca 2011) dokument informacyjny nie zawierał żadnych informacji dotyczących utraty przez Emitenta w czerwcu 2011 roku płynności finansowej, skutkującej zawarciem w czerwcu 2011 umowy z wierzycielami dotyczącej sposobu uregulowania zaległych zobowiązań finansowych Emitenta (Company Voluntary Agreement), których znaczną część stanowiły zobowiązania wobec organów podatkowych”

 

Źródło: Uchwała nr 3/2012 Zarządu GPW w Warszawie w sprawie skreślenia z listy Autoryzowanych Doradców w Alternatywnym Systemie Obrotu NewConnect oraz z listy Autoryzowanych Doradców na Catalyst spółki GOADVISERS SA.

„Biznes jest jak golf…”

 

 

 

<!–

2012-01-02 9:20

Książki, książki, książki

Bardzo książkowo się zrobiło ostatnio na blogach, więc, żeby utrzymać się w tej konwencji, pozwolę sobie zwrócić uwagę na kilka nowych pozycji, które ukazały się ostatnio na rodzimym rynku.

 

Uwielbiam książki o dziedzinach niekiedy tak odległych od moich zainteresowań, że tylko dzięki sposobowi podania, czytam je niemal jednym tchem. W życiu bym nie pomyślał, że przeczytam kiedykolwiek książkę dotyczącą baseballu. Co więcej, podziwiam za odwagę wydawnictwo Sonia Draga, dzięki któremu polski czytelnik może przeczytać książkę Michaela Lewisa „Moneyball. Nieczysta gra”. Baseball w Polsce jest absolutnie niszowy i myślę, że u nas sprzedaży książki nie pomoże nawet film z Bradem Pittem, który właśnie wszedł na ekrany. Osobiście wciąż nie zdążyłem dotrzeć na film. Wcześniej kupiłem książkę gdy ku mojemu zdziwieniu okazało się, że ktoś ją wydał po polsku.

Michael Lewis to autor „Pokera kłamców” oraz „Big short” (wydanej w 2011 również przez wyd. Sonia Draga). Dlatego po zapowiedziach wiedziałem, że chcę zobaczyć film. Nie zamierzałem czytać w oryginale, bo uznałem, że zbyt będę się męczył z terminologią, więc polskie wydanie to super niespodzianka.

Książka w całości spełniła to czego się po niej spodziewałem. I choć prawdopodobnie rozumiem zaledwie ze 30 procent (mogę sobie wyobrazić, jak czują się czytelnicy finansowych książek Lewisa, którzy nie mają pojęcia o finansach) jest fascynująca. Przywodzi na myśl rewolucję, która dokonała się w świecie finansów już wiele lat temu. Chodzi o podział romantyzm, sztuka a statystyka, twarde fakty. Szczęście czy umiejętności. A jeśli umiejętności, to czy na pewno takie, które są uznawane za powszechne, czy może zupełnie coś innego.

Żeby potencjalnym czytelnikom nie popsuć przyjemności z lektury, tylko krótko zarysuję temat.

Pewnego dnia w lidze baseballu pojawił się facet, który do góry nogami wywrócił niemal wszystko. Sposób patrzenia na zawodników, przekonanie, że mając istotnie mniej pieniędzy niż czołowi rywale, czyli nie może kupować drogich zawodników, zarządzany przez niego zespół może piąć się systematycznie w górę. Wszystko opierało się na jego przekonaniu, że dotychczasowe postrzeganie zawodników jest potwornie subiektywne i nieracjonalne. Dotychczas zawodnicy byli wyszukiwani, przez ludzi, którzy „wyczuwali” utalentowanego gracza. On uznał, że trzeba to wszystko zmienić. Efekty sprawdzić liczbami, a nie przekonaniami, a przy budowaniu zespołu  warto oprzeć się na statystykach efektywności.

Billy Beane – bo o nim mowa – miał być gwiazdą baseballu. Miał wszystkie warunki wymagane przez branżowych specjalistów wyszukujących przyszłe talenty, a jednak zrezygnował z kariery, na rzecz bycia, tym który wpływa na grę. Co więcej za model doboru przyszłych graczy dla prowadzonej przez siebie drużyny dobierał niemal dokładne przeciwieństwo siebie z młodości. Konkurencja kpiła z wybieranych przez niego graczy – pełnych ułomności, nie mających ducha i wyglądu idealnego baseballisty, zbyt starych.  A jednak zapoczątkował rewolucję wyszukując „nieefektywności” na rynku – kupując tanio graczy niedocenianych, a sprzedając drogo, przecenianych.

Polecam ogromnie, choć wciąż nie jestem pewien, czy wiem na czym polega „spacer”, czy „bieg na bazę”.

Inna pozycja ubiegłoroczna wydana po polsku, która już jakiś czas temu wpadła mi w ręce to „Zwykłe akcje, niezwykłe zyski oraz inne dzieła” Phlipa A. Fishera, czyli klasyka analizy fundamentalnej i wyceny akcji. Stawiany obok Grahama, Buffetta autor książki opublikowanej po raz pierwszy w 1958 roku. Myślę, że książka może być ciekawa dla fundamentalistów, którzy są w stanie powiedzieć, czy proponowane przez niego zasady przetrwały próbę czasu, czy może były rewolucyjne jak na swoje czasy. Na tej samej zasadzie lubię czytać stare książki dotyczące analizy technicznej, czy zachowania na rynkach (patrz niżej: Wspomnienia gracza giełdowego).

 

Finansiści poświęcają tyle uwagi ciągłym próbom odgadywania przyszłości ekonomicznej, na podstawie zbioru przypadkowych i prawdopodobnie niepełnych faktów, że zaczynam się zastanawiać, co mogliby osiągnąć, gdyby zaledwie część tej uwagi poświęcali na bardziej przydatne działania”. Brzmi znajomo, prawda? A minęło ponad pięćdziesiąt lat

Od razu wyjaśnię, że najbardziej spodobał mi się wstęp autorstwa syna. Z jego opisu wynika przede wszystkim, że ojciec niezbyt dbał o rodzinę i relacje z synami. Poświęcał się wyłącznie pracy i miał jeszcze jeden rys, który zbliża go do Buffetta – był po prostu skąpy (może w ramach poprawności politycznej należałoby napisać – nadmiernie oszczędny). Ale pokazuje też kilka świetnych ciekawostek z życia (np. stosunku do prognozowania).

 

Kolejna rzecz z ubiegłego roku to Johna Hulla „Zarządzanie ryzykiem instytucji finansowych”. To lektura, z której nie ma sensu pisać recenzji czy notki. Każdy kto profesjonalnie zajmuje się rynkiem pochodnych powinien ją mieć i systematycznie poznawać. Może KNF zaktualizowałaby również listę lektur na egzaminy dla maklerów i doradców, bo obowiązująca obecnie, wygląda cokolwiek „retro”.

 

Na koniec muszę się pochwalić książką, którą po raz pierwszy przeczytałem po pęknięciu bański internetowej, gdy w Wielkiej Brytanii popularność zyskiwały firmy spreadbettingowe, a ich oferta zaczynała docierać również do Polski. Wtedy skojarzyły mi się z opisywanymi w książce bucketshopami. Chodzi o „Wspomnienia gracza giełdowego” Edvina Lefevre. To kolejna klasyka, książka z lat 20 ubiegłego wieku. Zawsze polecam ją tym, którzy mówią, że „tym razem na rynku jest inaczej”. Więc tym bardziej mi miło, że przyłożyłem rękę do nowego wydania, razem z komentarzem historycznym, który zwłaszcza czytelnikowi polskiemu przybliży świat Wall Street na początku XX wieku. Ci którzy jej jeszcze nie znają, zobaczą, że pewne mechanizmy rynkowe pozostają niezmienne, bez względu na to, czy na rynku są automaty, czy też nie. To znaczy dopóki jednak zostaną na rynkach ludzie – będą niezmienne.

 

<!–

2011-12-31 11:50

Cytat na dziś

„Gdy chcę uświadmoić studentom jak odległe jest prawdziwe życie od ekonomicznych modeli, opisuję im pewien kraj – prosząc o odgadnięcie nazwy. W tym kraju cała ziemia należy do rządu. 85% mieszkań należy do rządowej agencji mieszkaniowej, w której czynsz jest centralnie ustalany przez państwo. Jedna czwarta PKB generowana jest przez państwowe przedsiębiorstwa, niektóre sławne na cały świat.

Jeśli nie ma w grupie studenta z Azji, zwykle nikt nie potrafi odgadnąć, że chodzi o Singapur. A Singapur, to dobry przykład kraju, którego nie da się wymyślić teoretycznie. Nieważne jaką teorię ekonomiczną wyznajesz – hayekowską, neoklasyczną, keynesowską, marksowską – powie ona, że Singapur nie ma prawa istnieć, bo wolnego rynku nie da się pogodzić z tak dużym udziałem państwa w gospodarce. Ale istnieje i świetnie prosperuje. A państwowe linie Singapore Airlines są marką rozpoznawalną  na całym świecie.

Kiedy poznajemy konkretne przypadki konkretnych państw, takich jak Singapur, uświadamiamy sobie, jak bardzo są ograniczone wszystkie teorie ekonomiczne, włącznie z dominującym obecnie modelem neoklasycznym.”

 

Rozmowa z prof. Ha-Joon Changiem w GW (31.12-1.01.2012)

<!–

2011-12-27 13:10

Rozpoczynamy sezon prognostyczny ;)

„Chętnych do przewidywania przyszłości nigdy nie brak, ponieważ nikt nie zadaje sobie trudu sprawdzania wartości tych prognoz.” John Rothchild

 

Zebrane prognozy analityków z ub. roku. Ile wyniesie wartość WIG20 na koniec 2011.

(podano firmy, w których pracował dany analityk, w momencie podawania prognozy)

 

Mariusz Staniszewski, Noble TFI        3300

Paweł Jóźwiak, Polsat OFE                 3300

Grzegorz Łętocha, BPH TFI                 3200

Andrzej Kaczorowski, Inwestors TFI  3200

Krzysztof Stupnicki, Amplico TFI        3200

Łukasz Bugaj, Xelion                            3500

Paweł Cymcyk, AZ Finance                 3100

Michał Fronc TMSBrokers                  3300

Tomasz Jachowicz, DbNord                 3300

Tomasz Manowiec, BGŻ                      3200

Paweł Zawadzki, money.pl                  3180

 

Chyba nie powinno być to zaskoczeniem. W kontekście choćby tego wpisu: http://blogi.bossa.pl/2008/03/20/prognozy-czy-postgnozy/

<!–

2011-12-16 7:50

Na czym się tu znać

„My, aktorzy, nie znamy się na pieniądzach, znamy się na sztuce”, podsumował Olgierd Łukaszewicz inwestycję ZASP-u w 2002 roku w obligacje Stoczni Szczecińskiej Porta SA., na której Związek Artystów stracił ponad 9 mln złotych (budżet ZASP wynosił 7 mln).

„Jestem artystą i na ekonomii ani na bankowości się nie znam.” Powiedział mediom Paweł „Końjo” Konnak, podsumowując swoją nieudaną  inwestycję w fundusze inwestycyjne.

To przykre, że dorośli ludzie tłumaczą się jak przedszkolaki. Skoro na czymś się nie znam to się za to nie zabieram. A nie jak się nie uda to skarżę się, że jednak się nie znam.

Ale w zasadzie co ja wiem, ja się na sztuce nie znam.

 

2011-12-14 22:20

Prajsekszyn

„Daję słowo, zatem ja już przeszło czterdzieści lat mówię prozą, nie mając o tym żadnego pojęcia! Jestem panu najszczerzej obowiązany, żeś mnie pouczył.” Molier, Mieszczanin szlachcicem

Żeby sprzedać coś starego, bardzo często wystarczy zaledwie zmiana opakowania – na nowe, bardziej nowoczesne, modne, pasujące do obecnych trendów. Ta zasada w analizie wykresów, czyli w uproszczeniu analizie technicznej działa chyba od zawsze. Pamiętam, jak lata temu czytując książki Toma DeMarka podśmiewałem się, że właściwie wystarczy do dowolnego istniejącego i znanego już wskaźnika, dodać jakiś mnożnik, który właściwie niczego nie zmienia i nazwać wskaźnik swoimi inicjałami, albo nazwiskiem. To nie dotyczyło oczywiście tylko wymienionego autora, ale również wielu innych. Przy czym moda ta opanowała również część naszych autorów. Niestety chyba nie były to rewolucyjne rozwiązania, bo żadnego z nazwisk nie zapamiętałem, a specjalnie nie będę schodził do piwnicy, żeby podać parę przykładów.

Od wielu miesięcy coraz częściej napotykam na mądrze brzmiące sformułowanie „Price Action”. I tak się zastanawiam, czy naprawdę trzeba nadawać jakiś „nowy” wymiar zwykłej ocenie tego co dzieje się na wykresach. Wychodzi na to, że podobnie jak pan Jourdain ze sztuki Moliera, nie wiedziałem, że szukając pewnych „kompozycji”©* na wykresach  stosuję owo magiczne Price Action.

Widać analiza wykresu, analiza cen brzmi zbyt banalnie, żeby zasłużyć na bycie ODDZIELNĄ, niesłychanie WAŻNĄ metodą. Zresztą czytając różnego rodzaju wypowiedzi, odnoszę wrażenie, że jak ktoś mówi, że stosuje PA, to trochę tak jakby był w jakimś wyższym kręgu wtajemniczenia.

Przeglądam różne blogi wyznawców Price Action, widzę opisy formacji „schody cenowe”, formacja „wiadra”, „kontynuacji trendu Price Action”. Moja nauczycielka biologii zawsze powtarzała, żeby nie mieszać w nazewnictwie języka. Albo mówimy euglena viridis, albo klejnotka zielona. Nigdy euglena zielona. Widać nie dotyczy to kontynuacji trendu Price Action.

Sporo ostatnio na blogach bossowych wpisów o literaturze dotyczącej rynków. Więc wszystkim młodym inwestorom, porażonym prostotą i magocznością zwrotu Price Action polecę pozycję z 1948 roku – Technical Analysis of Stock Trends, Roberta Edwardsa i Johna Magee. Mogą być zaskoczeni, gdy zobaczą podobne diagramy do tych, które stosują w książce sprzed pół wieku, tylko formacja wiadra będzie nazywała się zwykłym prostokątem.A ponieważ książka obu autorów nie wyszła po polsku, niech sięgną do Pringa, Murphy’ego, żeby sprawdzić czy przypadkiem nie ma zgrabniejszych określeń w rodzimym języku. No chyba, że trafiliśmy na wyznawcę setapów. Wtedy niestety nic na to nie można poradzić.

 

*właśnie pisząc te słowa pomyślałem sobie, że wszyscy znają formacje, czasem używa się „kształty” na wykresach, ale o kompozycjach nie słyszałem. Więc jakby co to ja, ja to wymyśliłem.

 

2011-12-09 8:20

Gra giełdowa raz jeszcze

Konsekwentnie i z uporem będę walczył z tendencją, by unikać mówienia o działalności na giełdzie „gra giełdowa” lub „spekulacja”. Wielokrotnie pisałem i mówiłem na różnego rodzaju wykładach, że bawi mnie, gdy ktoś z całą powagą protestuje przeciw tym określeniom. Odpowiadając – niesłychanie poważnie – „gra to się na skrzypcach, na giełdzie się i n w e s t u j e”.

Kolejny argument historyczny, że owo określenie w naszym języku jest jak najbardziej uzasadnione. Tym razem źródłem jest pozycja „Giełda, jej istota, cel i ustrój” Stanisława Kempera z 1908 roku.

 

Gra giełdowa.

„W pospolitym znaczeniu grą giełdową sil wykroczenia i nadużycia poza granicą dozwolonej i utartej spekulacji giełdowej. Właściwie jednak każda spekulacja, niemająca charakteru obrotu

Produkcyjnego, lecz oparta na widokach zysków na samej różnicy kursów, a więc każde ażyoterstwo, jest grą giełdową. Obrót dostawowy, którego celem było nie nabycie lub sprzedaż towaru, albo waloru, lecz wygrana kursu, jest grą.

Z drugiej znowu strony grą może być tak samo kupno lub sprzedaż za gotówkę, jeśli spekulant liczy tylko na zyski, z różnicy kursów wynikające. W tym ostatnim wypadku operacja spekulacyjna jest jednak trudniejszą, bo wymaga większych zasobów pieniężnych. W pewnym stopniu ułatwią ją jednak t. zw. 1o m b a r d o w a n i e, czyli zastawianie

towarów i walorów, które pozwala znaczną część pieniędzy, potrzebnych na taki obrót, wypożyczać sobie u bankiera.

[…]

W takiej czy innej formie gry giełdowej, oddziaływają, prócz samego wyrachowania zwyżki lub zniżki, które przy spekulacji brane są pod uwagę, Czynniki niemoralne, mianowicie grupowanie się partji silnych, i zasobnych graczy przeciwko słabym, puszczanie w obieg

fałszywych pogłosek, oraz cały szereg manewrów, dążących do sztucznego kształtowania konjunktur, podług widoków graczy.”

 

 

Źródło: http://kpbc.umk.pl/dlibra/docmetadata?id=37740&from=&dirids=1&ver_id=&lp=1&QI=

 

2011-11-29 0:00

Zima wydawców

Zatory płatnicze to zwrot, który robił karierę jakieś 8-9 lat temu. Przy okazji recesji, o której mało kto chyba pamięta (przynajmniej na podstawie aktualnych informacji w przeróżnych mediach). To wtedy firmy lawinowo nie wywiązywały się ze swoich płatności, bo gdzieś w mechanizmie ktoś komuś nie zapłacił faktury i cały ciąg zależności sypał się jak domek z kart. To wtedy modne było zakładanie w branży budowlanej – spółek, które reprezentowały dewelopera, nie mając żadnego majątku, których celem było rozliczanie się z podwykonawcami. Tylko, że podwykonawcy nie dostawali swoich pieniędzy i padali jak muchy.

To wtedy wiele zakładów pracy nie płaciło swoim pracownikom w terminie (nie opłacając również ZUS-u), mówiąc im „ciesz się, że masz pracę”. To wtedy wyrabiałem sobie w malej firmie poligraficznej wizytówki i ponieważ zapomniałem wziąć gotówki, powiedziałem właścicielowi, że zrobię mu przelew z konta, jeśli mi udostępni komputer. A on mi na to – „przyjmujemy tylko gotówkę. Już mieliśmy takich co robili przelewy, a później je anulowali”. W pewnym momencie nikt nikomu nie ufał. Wszyscy chcieli natychmiastowych rozliczeń.

Przez krótki moment pracowałem wówczas w firmie (spółka notowana na giełdzie warszawskiej), której właściciele mieli ambicje zostać „koncernem medialnym”. Ich polityka była prosta – nie płacili nikomu, ani pracownikom, ani podwykonawcom, ani usługodawcom (za wynajem, telefony itp.). To znaczy płacili, z kilkumiesięcznymi poślizgami i tylko tym, którzy się trochę bardziej awanturowali.

Zadziwiało mnie to, że obok w innym tytule  – bardzo znanym dzienniku – pracują dziennikarze, wydawałoby się rozsądni i inteligentni ludzie, którym nie płacono od kilku miesięcy, ale mamiono ich, że za chwile będą pieniądze i oni dzień w dzień robili gazetę – czyli pracowali za darmo. I oni w to wierzyli. Gdy zostały odcięte telefony, współtwórca gazety  – zaproponował zespołowi, żeby dzwonili z prywatnych komórek.

Ponieważ miałem podejrzenie, że szefostwo spółki manipuluje informacjami postanowiłem zawiadomić KNF i GPW. Celem było zawieszenie notowań akcji spółki – w mojej ocenie poważnego źródła finansowania szefostwa (sprzedawali akcje, po podbiciu kursu jakąś „enigmatyczną” informacją). Wtedy prezes spółki na chwilę się przejął i zaproponował mi „uregulowanie zaległości”. Podejrzewam, że właśnie tak działała ta metoda. Poinformowałem, że jeśli nie zapłaci całemu zespołowi, to nie oddam nowego numeru magazynu do druku. Mam satysfakcję, że wtedy zaczął się początek końca „koncernu” (jeśli, ktoś jest zainteresowany szczegółami zapraszam).

To również czas, gdy o podobnej strategii słyszało się jeśli chodzi o znany ogólnopolski salon sprzedaży książek.

Wiele przypadków sprawiło, że osiem lat później zająłem się wydawaniem książek. Trochę hobbystycznie, trochę traktując to jako nowe wyzwanie. Częściowo jest to kontynuacja wielu rzeczy, które robiłem od lat. Zawsze czytałem książki, polecałem je na wykładach, pisałem recenzje, cieszyłem się, gdy ktoś wydawał perełki, wzburzałem, gdy przekład był słaby i „zmarnowano” tytuł. Uznałem, że spróbuję rozszerzyć moją działalność okołogiełdową i wydam „kilka” książek giełdowych, które uważam za warte polecenia.

Wiele osób dookoła pukało się w czoło – „bierzesz się za przestarzały biznes”, „ to bardzo trudna branża” itp., itd. Ale cóż, słowo się rzekło. Jeśli coś jest trudne, czemu nie spróbować.

I przez rok słuchałem z dystansu, osób związanych z branżą wydawniczą od lat i niezmiennie się dziwiłem. Zadawałem pytania naiwne jak sześciolatek i wciąż słyszałem „nic się nie da zrobić”, „tak już jest”, „nie mamy wyjścia”.

Wiele osób pytało mnie, czemu moich książek nie ma w powszechnie znanej ogólnopolskiej sieci. Odpowiadałem – a dałbyś towar komuś, kto jest znany z tego, że nie płaci nikomu w terminie, zaproponował ci płatność w terminie 180 dni (słownie dla tych, którzy nie wierzą: sto osiemdziesiąt dni, czyli pół roku), zażądał rabatu 60% i dodatkowo zawarł w umowie zapis, że nie mogę dalej sprzedać jego wierzytelności, jeśli nie zapłaci w terminie. Nie wspominając już o takim szczególe jak prawo zwrotu książek.

Dziwiłem się, że ktokolwiek poszedł na takie warunki. Przecież to nie może zadziałać. Zwłaszcza, że wydawca wystawia fakturę i musi od niej zapłacić VAT i podatek dochodowy. Zagrożony jest cały system – wydawcy, drukarnie, autorzy, redaktorzy.

A propos. Gdy wprowadzano VAT na książki w tym roku, branża wydawnicza grzmiała, że to zarżnie rynek. Ja mówiłem – przecież to super. Stawka 5% nie jest jakaś zabójcza, a może wreszcie znormalizuje ten rynek. Ten główny problem z niepłaceniem w terminie. Właśnie dlatego, że wystawiając fakturę VAT należy zapłacić. Nie znormalizowało. Ale zdaje się, że jeszcze bardziej pogorszyło sytuację. I jeszcze bardziej się dziwiłem, że o problemie jest cicho.

Dziwiłem się, że wydawcy nie są w stanie się porozumieć i powiedzieć – nie dajmy tam książek przez kwartał. Zobaczymy co się stanie. Ale „wielki dystrybutor” rozgrywał to genialnie. Ze swojego punktu widzenia i oczywiście akcjonariuszy – korzystanie z darmowego wielomiesięcznego kredytu jest grą wartą zachodu.

Podejrzewam, że mieliśmy teorię gier w pigułce – specyficzną wersję „dylematu więźnia”, w której trzeba zdecydować, czy lepiej iść na współpracę, czy być egoistą. I wygląda na to, że większość wydawców wybierała egoizm (a propos polecam nowość „Sztuka strategii„, wydaną przez MT Biznes). Prawdopodobnie (to mój domysł) ci najbardziej się awanturujący dostawali jakiś „ochłap” zaległości. Podobnie jak to robiono w firmie, w której wcześniej pracowałem.

Jeden z hurtowników mówi mi, że nie może wziąć moich książek, choć bardzo by chciał, bo wielki dystrybutor wisi mu blisko „siedmiocyfrową” kwotę i on już ledwo przędzie. Nie dziwi mnie to. Dziwi, że pozwolono sobie na to.

Dziennikarze, którzy niegdyś pracowali w dzienniku opisywanym wyżej, ze względu na swoje preferencje polityczne narzekają na rząd, że jest nieprzyjazny dla biznesu. Naśmiewają się z „jednego okienka”, że się nie udało. Ale to nie to jest problemem dla przedsiębiorczości.  Większym są wielkie molochy, które mają gdzieś etykę biznesową. Moloch, o którym piszę to spółka giełdowa, czyli taka, od której czasem wymaga się wyższych standardów. I owszem, na swoich stronach ma oczywiście kodeks dobrych praktyk oraz własny kodeks etyczny, w którym można przeczytać: „Członkowie Kierownictwa i Pracownicy zobowiązani są starać się postępować uczciwie oraz na warunkach rynkowych z akcjonariuszami, klientami, dostawcami, konkurentami i pracownikami Spółki”.

Zabawne. Zwłaszcza, że niepłacenie w terminie jest standardem. Wielu z nas zna pewnie hasła o „odpowiedzialnym biznesie”, „fair trade” (na marginesie znów polecę książkę, w której pokazano, że nie zawsze fair trade jest fair. Pisał o niej Adam Stańczak). Pewnie niejeden Czytelnik nie kupił produktów firm, gdzie donoszono o wykorzystywaniu pracowników. Ale wygląda na to, że łatwiej oburzyć się razem z Naomi Klein, niż zauważyć analogiczne sytuacje na rodzimym rynku. Przeczytałem w ostatnich dniach wiele komentarzy, że „wielki dystrybutor” jest fajny, bo pozwala czytać książki, komiksy i że jest „super pro-klientowski”. Wielu z tych, którzy tak piszą, nie wie (albo nie chce wiedzieć), że te „zużyte” egzemplarze wrócą do wydawcy. Wielki wujek nie ponosi żadnego ryzyka.

Ruchy społecznościowe w ostatnich latach sporo zmieniły. Pod wpływem wielkich akcji społecznych wielkie korporacje rezygnowały z wątpliwych etycznie działań. Wieloletnie dyktatury upadały (vide „arabska wiosna”). Może więc nadszedł czas na podobny ruch w Polsce – nie korzystam z usług nieuczciwych firm. Nieuczciwych, czyli nie płacących w terminie – konsekwentnie. Coś zaczęło się dziać wokół „wielkiego dystrybutora”. Powstała kampania na Facebooku „nie karmię książkowego potwora”. To o czym wiedziała wyłącznie branża, ma szansę dotrzeć do powszechnej świadomości.

Wielu myśli, że chodzi o walkę z monopolem. To zły punkt widzenia. Chodzi o marne standardy w biznesie i ich piętnowanie. I uświadomienie zwykłym ludziom, że niepłacenie w terminie to domino, wcześniej czy później sięgnie ich samych, albo kogoś z otoczenia.

**

Długo zastanawiałem się czy pisać ten tekst. Nie jestem już jak kiedyś wyłącznie dziennikarzem. Jestem związany z instytucją, której logo firmuje moje teksty, a ja ją reprezentuję. Dodatkowo, można uznać, że dbam o swój własny interes jako wydawcy. Ale od wielu lat pisałem o spółkach giełdowych i wątpliwych zachowaniach, więc uznałem, że tym razem też to zrobię. Bo problem jest ważny.

A swoją drogą zastanawiam się, czy jakaś instytucja finansowa w swojej wycenie akcji uwzględni „ryzyko” ruchu społecznego. Moim zdaniem jest dość wysokie.

 

2011-11-27 22:00

Konkurs „Gra z zasadami” – kilka liczb podsumowujących

Nie tak dawno, bo zaledwie dziesięć lat temu próba zajęcia pozycji na kontraktach na soję, srebro, czy w dowolnej parze walut wymagała nie lada zachodu. Po pierwsze należało mieć odpowiednie zezwolenie dewizowe (chyba mało który gracz indywidualny tego przestrzegał), po drugie otworzyć rachunek o brokera zagranicznego – najbardziej popularny był jeden z nich (co prawda kilka polskich biur dawało takie możliwości, ale nie był to dostęp on-line). Moją pierwszą transakcję na pszenicy zawarłem dzięki uprzejmości znajomego tradera z USA, który „użyczył” mi własnego rachunku. Rozwiązanie karkołomne i średnio satysfakcjonujące z wielu powodów.

Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej. Powszechność platform OTC, popularnie zwanych forexowymi, powoduje, że polski klient nie jest już ograniczony wyłącznie do polskiego rynku. Forex to generalnie rynek walutowy, ale często można spotkać się ze zwrotem „kupiłem złoto na forexie”, wszystko dzięki temu, że właśnie na platformach, którymi pierwotnie handlowano walutami, można teraz zajmować pozycję również na wielu różnych indeksach światowych, czy towarach.

To, że możliwości te są wykorzystywane, dobitnie pokazał zakończony niedawno konkurs organizowany przez DM BOŚ „Gra z zasadami” – bossafx.pl. W porównaniu z ubiegłoroczną edycją, gracze zauważyli to, że są inne rynki niż EUR/USD.

Przypomnę, że w ubiegłym roku ta para walut dotyczyła 73,48% transakcji wszystkich uczestników konkursu. Kolejny pod względem popularności był GBP/USD – zaledwie 3.2%, później USD/JPY – 2.4%.

 

W tym roku zmiana jest bardzo wyraźna. Tak wygląda pierwsza dziesiątka rynków.

Lider stracił niemal 8 pkt. procentowych. Ponadto w pierwszej piątce pojawiły się indeksy akcji (DAX i SP500), których w ubiegłym roku w ogóle nie było.

Ta statystyka zupełnie inaczej wygląda w przypadku zwycięzcy (MSZ), który blisko 76 procent transakcji wykonał właśnie na indeksach, przy czym najwięcej na SP500

 

Dla zainteresowanych dodam tylko, że na głównym rynku, na którym działał zwycięzca zaledwie 26% jego transakcji zakończyło się stratą, przy czym średnia jej wielkość w stosunku do kapitału wyniosła 0.5%. Średnia wartość transakcji zyskownych wynosiła 2.4%.

Poniżej wykres pokazujący procentowy rozkład (w stosunku do kapitału) kolejnych transakcji zwycięzcy właśnie na rynku SP500.

 

Więcej statystyk wkrótce, oraz podczas gali finałowej, która odbędzie się 6.12.2011.

 

 

2011-11-15 11:50

Moody’s – sprzedaj?

Miesiąc temu pozwoliłem sobie zadać pytanie, o to czy jeszcze ktoś przejmuje się wyczynami agencji ratingowych.

Te zdają się działać jak pijany we mgle. Przez lata obniżanie ratingów, często było zbyt późne w stosunku do tego co faktycznie działo się w krajach, firmach itp. Teraz próbują wyprzedzić „negatywną” rzeczywistość.

No od czasu do czasu zaliczą wpadkę, bo pomyłkowo obniżą rating Francji.

Właściwie …

Albo nie. Pozwolę sobie zacytować fragment książki Michaela Lewisa „Big Short” [z premedytacją nie będę używał polskiego tytułu ;) ]

 

[Moody’s i S&P oceniały wystawiane obligacje dzięki własnym modelom] Oficjalnie mechanizmy działania tych modeli stanowiły tajemnic: Moody’s i S&P twierdziły, że nie sposób ich zmanipulować. Ale wszyscy na Wall Street wiedzieli, że ludzie z nich korzystający są podatni na wyzysk.

- Faceci, którym nie udaje się załapać do pracy na Wall Street, idą do Moodys – powiedział wprost pewien były trader Goldman Sachs, a obecnie zarządzający funduszem hedgingowym.

Natomiast analityk, który skonstruował obligacje hipoteczne dla Morgan Stanley powiedział:

-Najlepsi pracownicy agencji ratingowych zajmują się kredytem firmowym. Za nimi plasują się ludzie od hipotek. A za niemi ludzie od papierów zabezpieczonych na aktywach, którzy zasadniczo są już kompletnymi jełopami.

 

Odbsadzający działy transakcyjne Wall Street ludzie zarabiający rocznie kwoty siedmiocyfrowe wyłudzali od jełopów zarabiających kwoty pięciocyfrowe najwyższy możliwy rating dla najgorszych możliwych kredytów”

 

„-Za mało im płaca – powiedział Eisman. – Najbystrzejsi odchodzą na Wall Street i pomagają manipulować firmą dla której pracowali. W zawodzie analityka największy prestiż i pieniadze powinn kojarzyć się z pracą w Moody’s. Powinna w ich profesji stanowić szczyt kariery. A jest wprost przeciwnie! Nikogo nie obchodzi, czy Goldmanowi podobają się papiery Genral Electric. Ale jeśli Moody’s obniży rating waloru GE, robi się wielka afera. Więc czemu facet z Moody’s chce pracować dla Goldman Sachs? To analityk z Goldman Sachs powinien marzyć o przejściu do Moody’s. Tak elitarna powinna być ta praca.

[…]

- Pamietam jak siedziałem tam [na konferencji poświęconej papierom hipotecznym przed załamaniem na rynkach], myśląc: „Jezu, jakie to żałosne”. Kiedy człowiek znajdzie się w obecności potęgi intelektu, z miejsca ma tego świadomość.[…] Gdy usiądzie obok kogoś z agencji ratingowej, wie, że gość musi być z agencji ratingowej.

Wnosząc z zachowania tych ludzi, jedyną sprawą naprawdę zajmujacą agencje ratingowe było zdobycie jak największej liczby zleceń na ratingi dokonywane na potrzeb banków inwestycyjnych z Wall Street i zgarnięcie jak największych opłat

PS.

Gdyby był chętny to jestem w stanie się założyć, że agencje ratingowe czeka wielki wstrząs w przyszłym roku.

Na tyle duży, że dziwię się, że tak mało jest rekomendacji sprzedaży ;)

(źródlo: finance.yahoo.com)